środa, 11 czerwca 2014

Rozdział 16 - "Zakończenie roku"


 ~*~
(Dla tych, którzy dotrwali do końca)


Dwa miesiące później...


- Mam nadzieję, że przyszły rok będzie równie owocny jak ten teraźniejszy, że z wakacji wrócicie wypoczęci oraz pełni zapału i pozytywnej energii, by zacząć na nowo zgłębiać tajniki wiedzy i działać nauczycielom na nerwy. Chcę byście tylko wiedzieli, że jestem dumny z tego, że dane jest mi prowadzić Casisdy High School i wychowywać tak wspaniałych uczniów jak wy. Dziękuję wam za kolejny pracowity rok z waszym udziałem. Wesołych wakacji!
   Na tą przemowę czekało całe Casisdy High School. To był ten dzień. Dzień Wolności. Dzień końca nauki. Dzień ostatniego dzwonka na korytarzu. Pierwszy dzień wakacji.
   Uczniowie ostatniej klasy wyrzucili w górę swoje czapki, dyskretnie ocierając łzy wzruszenia. Przeżyli w tej szkole tyle lat, że tak trudno było się z nią pożegnać. Ściskali w dłoniach ozdobne ruloniki dyplomów, które dopiero co wręczył im dyrektor, i przygotowywali się na nowy, być może lepszy, start.
   Emma zauważyła w tłumie czerwonych tog znajomą czuprynę Lucasa. Stał obok Abigail i uśmiechał się szeroko. Emma też się uśmiechnęła widząc, jaki jest szczęśliwy. W końcu dostał się do jednej z najlepszych drużyn koszykarskich w Ameryce i otrzymał wspaniałe sportowe stypendium. Dziewczyna była też z niego w pewien sposób dumna. Lucas przez te wszystkie lata był znany nie tylko jako kapitan szkolnej drużyny, ale także jako dręczyciel słabszych, biedniejszych i kujonów. Wszyscy się go bali, nikt nie odważył mu się postawić i nakłonić do lepszego zachowania.
   Emma doskonale pamiętała te wszystkie siniaki na ciele Harry´ego, o których jej chłopak nie chciał rozmawiać. Tłumaczył się upadkiem ze schodów lub spadnięciem z deskorolki, ale ona wiedziała, jak jest naprawdę. Bo przecież sama na początku należała do szkolnej elity i doskonale znała Lucasa oraz to, co robi innym uczniom.
   Na szczęście wszystko się zmieniło, gdy Harry trafił do szpitala po postrzale. Lucas wydawał się być wtedy potulną owieczką, a nie zajadłym wilkiem. W jego oczach widać było skruchę. I nawet jeśli za pierwszym razem nie przeprosił Harry´ego, to przypuszczenia Emmy się sprawdziły.
   Wrócił około tygodnia później. Tym razem jednak nie wahał się, czy przejść przez próg czy nie. Podszedł do szpitalnego łóżka i tak po prostu zaczął płakać. I wtedy Emma dostrzegła w nim ogromną przemianę. Stał się nowym lepszym człowiekiem.
   Teraz dziewczyna zaczęła powoli iść w jego stronę. Zauważył ją zanim zdążyła powiedzieć tradycyjne „cześć” i pomachał do niej z miejsca, w którym stał.
- Wielkie gratulacje - powiedziała, delikatnie go przytulając. - Dostałeś się do swojej szkoły marzeń.
Lucas tylko się uśmiechnął, ukazując swoje białe zęby.
   Przez te dwa ostatnie miesiące bardzo się ze sobą zżyli. Gdyby dwa miesiące temu ktoś powiedział Emmie, że będzie się przyjaźnić z Bartneyem, pewnie głośno by go wyśmiała, ale po upływie tego czasu okazało się, że nie można oceniać ludzi po okładce. Bo może ich warstwa zewnętrzna jest brzydka i pomarszczona, ale w środku bije złote serce.
- Ja skończyłem szkołę, a przed tobą jeszcze sporo nauki - powiedział Lucas, trącając ją lekko w ramię. - Przypilnuj nowych zawodników naszej drużyny, ok? Nie mogą przynieść nam wstydu po tym, jak w tym roku bezapelacyjnie wygraliśmy mistrzostwa.
- Miejmy nadzieję, że i oni wybiorą tak znakomitego kapitana, jakim byłeś ty.
- Weź nie przesadzaj - na jego twarzy zakwitł rumieniec. Zdecydowanie stał się teraz bardziej skromny. - Kapitan jak każdy inny.
- Cóż, według mnie byłeś jedyny w swoim rodzaju.
- Lucas! Chodź wreszcie! - po zielonej trawie biegł Louis. Jego rozwianą czuprynę można było zauważyć już z kilku kilometrów. - Trener woła nas do siebie. No wiesz, taki mały ostatni mecz, zanim już na zawsze opuścimy Casisdy High School.
- To ja się będę zbierał - westchnął Lucas, dając się pociągnąć najlepszemu przyjacielowi za rękę w stronę hali sportowej. - Pozdrów ode mnie Harry´ego! - krzyknął jeszcze na odchodne, zanim nie zniknął za drzwiami prowadzącymi do szatni zawodników.
   Emma pomachała ostatni raz w jego stronę i postanowiła już wracać. Większość uczniów wsiadła już do szkolnego autokaru, bądź dzwoniła do swoich rodziców, ale ona postanowiła się przejść. Zresztą do domu Harry´ego nie miała tak daleko.
   Przechodząc przez ulicę pomachała jeszcze Izabelli i Felixowi, którzy wsiadali do auta Patricka i na migi pokazała, że zadzwoni później. Jej najlepsza przyjaciółka już jutro wyjeżdżała na wakacje, więc musiały omówić jeszcze kilka ważnych spraw.
   Emma po dziesięciominutowym marszu w końcu skręciła na Sun Street. Szybkimi susami pokonała trasę do domku numer 16 i stanęła przed drzwiami, naciskając guzik dzwonka.
   Miętosiła w palcach materiał swojej ciemnej spódniczki patrząc, jak po niebie powoli przesuwają się pierzaste chmurki. Słońce delikatnie otulało jej twarz złocistymi promieniami i naprawdę mogła poczuć tą całą atmosferę wakacji.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, wyrywając Emmę z transu.
- Dzień dobry, pani Styles - przywitała się miło, mijając kobietę w progu. - Czy mogłabym zobaczyć się z Harry´m?
- Jak najbardziej. Siedzi w salonie - uśmiechnęła się Anne, ściągając z dłoni kuchenne rękawice. - Przynieść wam coś do picia?
- Nie, ale dziękuję - odparła Emma i pognała korytarzem w stronę salonu. Dopiero teraz poczuła jak bardzo tęskniła za swoim chłopakiem.
   Po długim pobycie w szpitalu teraz odpoczywał w domu, dlatego też nie było go na zakończeniu szkoły. Na szczęście Emma była na tyle dobra, że zabrała ze sobą również dyplom Harry´ego.
   Zauważyła go siedzącego na kanapie i zawiniętego w granatowy koc, kiedy popijał sok pomarańczowy, oglądając jakiś serial w telewizji. Jego zielone tęczówki sprawnie śledziły akcję na ekranie, więc nawet nie zauważył momentu, w którym Emma stanęła za nim i zakryła mu oczy dłońmi.
- Mamo - jęknął Harry. - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś się tak ze mną nie bawiła. I tak zawsze będę wiedział, że to ty.
- Na pewno? - na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech, gdy rozpoznał głos swojej dziewczyny.
   Brunetka zaśmiała się i szybko cmoknęła go w usta, gdy tylko delikatnie odchylił głowę do tyłu. Harry mruknął coś pod nosem i przyciągnął jej twarz z powrotem do swojej, ponownie napierając na jej wargi. Pocałunki były czułe, delikatne, ale jednak przepełnione wzajemną miłością i to właśnie takie Emma lubiła najbardziej. Ich wargi sprawnie się o siebie ocierały, później dołączyły także języki i dziewczyna poczuła jak powoli robi jej się gorąco. Dlaczego Harry tak na nią działał?
   Gdy tylko się od siebie oderwali usiadła po drugiej stronie kanapy patrząc, jak Styles lustruje ją wzrokiem. Zarumieniła się lekko i już chciała zakryć twarz dłońmi, ale Harry stanowczo jej przerwał.
- Daj mi się na ciebie napatrzyć - mruknął cicho, opierając się plecami o miękki materiał.
   Wyglądała tak pięknie. Światło wpadające przez okno znaczyło złote refleksy na jej włosach, oczy świeciły się niczym małe diamenciki, pełne, różowe usta rozciągnęły się w uśmiechu, a cała twarz Emmy zdawała się być rozjaśniona. Nie wiedział jak ubrać w słowa to silne uczucie, którym ją darzył.
- Jesteś taka ładna - wyszeptał, zatrzymując wzrok na jej wargach.
Emma powoli przysunęła się do przodu i wtedy Harry gwałtownie rzucił się na nią, wpijając się w jej usta.
Opadli razem na poduszki leżące na kanapie, a dziewczyna przyciągnęła jego twarz jeszcze bliżej, owijając sobie czekoladowe sprężynki wokół palca. Wydawało jej się, że w pokoju zrobiło się goręcej. Każdy dotyk dłoni Harry´ego sprawiał wrażenie, jakby parzył jej skórę. Czuła jak jego mięśnie pracują, gdy obdarowywali się coraz to bardziej namiętnymi pocałunkami. Zawirowało jej w głowie od tych wszystkich nowych doznań. A dłonie Harry´ego błądzące i kreślące kółka pod materiałem jej bluzki tylko dolewały oliwy do ognia.
- Harry? - spytała po chwili, odrywając się od jego pełnych ust.
- Hmm? - wymruczał cicho, błądząc nosem po jej miękkich włosach i splatając ich palce razem. Położył się obok niej, obejmując jej szczupłe ciało ramieniem i wpatrywał się w jej roześmiane czekoladowe oczy.
- Myślisz, że teraz będzie już dobrze? - dodała, głaszcząc delikatnie jego rozgrzany policzek. Uśmiechnął się na tą pieszczotę i musnął jej usta.
- Mam taką nadzieję - przyznał. - W końcu wszystko się już wyjaśniło i nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo.
- Sprawca został złapany. Szkoda tylko, że był nim...
- Mój ojciec - dokończył za nią chłopak. - Tak, wiem. Ale zdążyłem się już z tym pogodzić. Dostał dwadzieścia pięć lat do odsiadki, co nie znaczy, że nie mogę go odwiedzać. Kocham go. Mimo tego wszystkiego co zrobił, wciąż będzie moim ojcem. Odnalezionym po szesnastu latach nieobecności w moim życiu, ale jednak. Czasami, gdy u niego byłem, wyobrażałem sobie, że nie znajdujemy się w więzieniu, ale siedzimy razem na kanapie oglądając jakiś mecz i kłócąc się, która drużyna wygra. I to naprawdę miłe uczucie, kiedy czujesz, że nareszcie masz TATĘ.
   Emma uśmiechnęła się lekko, układając głowę na jego odkrytej klatce piersiowej i wsłuchując się w rytm jego serca, które biło tylko dla niej. Lubiła te momenty, w których mogli milczeć i jednocześnie rozumieć się bez słów. Wyrazy były dla nich zbędne. Wystarczyła sama obecność, a każdy dotyk był jak most przez nieodgadnione oceany ukrytych myśli aż do duszy drugiej osoby.
- Zaczynamy nowe życie - stwierdził Harry, kreśląc jakieś bliżej nieokreślone wzorki na ramieniu Emmy. - Następna klasa. Brak tych, którzy znęcali się nad tobą przez ostatnie kilka lat, bo byłeś inny. I ta nadzieja, że to, co złe już odeszło i nie wróci. Bo w końcu mam ciebie. Wkroczyłaś do mojego świata tak nagle, ale zmieniłaś go na lepsze. Nie wyobrażam go sobie teraz bez ciebie. Znalazłaś w nim stałe miejsce, i choć to dziwnie zabrzmi, to jednak czuję, że to właśnie z tobą chcę spędzić resztę życia. Bo nie umiałbym pokochać kogoś innego równie mocno, jak ciebie. Kocham cię Emma i obiecuję, że już nic i nigdy nas nie rozdzieli.
Zapieczętował swoją obietnicę pocałunkiem i ona już wiedziała, że zostanie z nim na zawsze. 
Harry nie był komikiem, ale zawsze rozśmieszał ją do łez, nawet wtedy, kiedy było naprawdę źle.
Nie był strażakiem, ale ratował jej życie.
Nie był lekarzem, ale sprawiał że ból znikał.
Nie należał do fundacji charytatywnej, ale dawał innym wszystko co tylko miał.
Nie był świętym, ale jego serce było czyste jak złoto.
Był jej, a ona jego. Ich miłość mogła przenosić góry i wznosić się na najwyższe wyżyny. To uczucie, które zrodziło się między nimi podczas balu wiosennego, które pieczołowicie pielęgnowali w swoich sercach, teraz osiągnęło punkt kulminacyjny. 
I tylko to się dla nich liczyło. 
To, że mieli siebie.

 KONIEC SEZONU PIERWSZEGO



OD AUTORKI: Cóż, postanowiłam podzielić to opowiadanie na sezony. Dzisiaj otrzymujecie zakończenie tego pierwszego, a czy ruszę z drugim, to już zależy od was. Mam nadzieję, że ktokolwiek będzie chciał jeszcze czytać BaTG, jeżeli nie, to na tym rozdziale poprzestanę, a jeśli chodzi o Nialla i Juliet czy Zayna, to dopiszę dodatki, które pokażą, jak zakończyła się ich historia.
Czekam na wasze opinie w komentarzach, wystarczy mi zwykła kropka. Pokażcie, ile was jest! 

!UWAGA!
JEŻELI MACIE JAKIEŚ POMYSŁY NA DODATEK, CZYLI KRÓTKĄ HISTORIĘ, ZUPEŁNIE ODBIEGAJĄCĄ OD FABUŁY BaTG, TO WASZE PROPOZYCJE UMIESZCZAJCIE W KOMENTARZACH.

czwartek, 29 maja 2014

Hello x

Wróciłam z Francji, wróciłam z Warszawy. Kto jest za tym, by na dniach pojawił się nowy rozdział? Czy ktokolwiek chce jeszcze czytać Beauty and The Geek, czy mam zacząć myśleć nad pisaniem epilogu?

 CAMILLE x
(with my beautiful Kate) 
http://ask.fm/BeautyandTheGeekCamille

EDIT: AAAAAAAAA! 12 000 na liczniku BaTG! Jesteście niesamowici!


niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 15 Część 2 - "Tęskniłem"


 ~*~
(Dla A.L.Heady w podzięce za nowy szablon.)
  


 CZYTASZ = KOMENTUJESZ



   Tydzień później pogoda była już szczególnie ładna. Słońce grzało nieprzerwanie, wszędzie śpiewały ptaki, a na drzewach pojawiły się biało-różowe kwiaty, których płatki zaścielały ziemię, wirując w powietrzu podczas spadania. Po parku wesoło biegały dzieci z dmuchawcami w rękach, a ich rodzice odpoczywali na ławkach, od czasu do czasu rozmawiając ze swoimi pociechami.
   Niallowi nie udzielała się ta cała wiosenna atmosfera. Szedł z rękami schowanymi w kieszeniach dżinsów, zatracony w swoim własnym świecie.
Sześć dni. Sześć dni. Tyle minęło od informacji, która wstrząsnęła jego życiem. Nigdy nie spodziewał się takiej eksplozji różnych uczuć, które zbombardowały go po opowieści Zayna. W pewnym sensie wciąż jeszcze po niej nie ochłonął, ale jednak te kilka dni dały mu dużo do myślenia i w niektórych rzeczach łatwiej mu było się pozbierać.
   Wciąż pamiętał smutek wymalowany na twarzy przyjaciela i łzy, kiedy otwierał skarbiec swoich przeżyć przed kimś, kogo tak naprawdę nie znał. Niall słuchał z uwagą, ale też z przerażeniem każdego słowa, które wypadało z ust Zayna. To, co spotkało go w życiu, było naprawdę straszne i zupełnie nie porównywalne do zwykłych kłótni między blondynem i jego ojcem. Cierpienie Malika było ze cztery razy większe.
   Niall nie mógł wymazać z pamięci potwornych siniaków Zayna na rękach, klatce piersiowej, plecach. To był widok, zapadający głęboko już na zawsze i choć pewnie większość osób tak po prostu odwróciłaby się od mulata, zostawiając go samego przeciwko wszystkim przeciwnościom losu, Niall przysiągł sobie, że zostanie z nim i postara się mu pomóc. Wierzył w piekło, ponieważ doświadczył, że właśnie w nim żyje jego przyjaciel.
   Nie obawiał się ojca Zayna. Saamar może i był silny oraz nieobliczalny, ale zaślepiał go alkohol. Z każdą kolejną puszką tracił cząstkę zdrowego rozsądku i Niall zastanawiał się, czy gdyby nie nałóg, to czy pan Malik ośmieliłby się podnieść rękę na syna. 
   Niall nienawidził Saamara. Był on dla niego człowiekiem, który stoczył się na samo dno, pociągając za sobą członków najbliższej rodziny. Przez jego wciąż powtarzające się błędy nie cierpiał jedynie on, ale też ci, którzy mieszkali z nim pod jednym dachem. Blondyn szczerze współczuł Zaynowi i Javaadowi. W takich chwilach dziękował Bogu, że urodził się jako syn nikogo innego, jak Henry´ego Horana.
   Podniósł wzrok, rozglądając się dookoła. Jak oszacował, do mieszkania Malików zostało mu jeszcze dziesięć minut drogi.
- Niall!
Czyjś krzyk wyrwał go z zamyślenia. Mrugając oczami popatrzył przed siebie i jego serce zaczęło kołatać w piersi, gdy zobaczył przed sobą Juliet.
   Wyglądała tak samo pięknie jak wtedy, kiedy pechowo zderzyli się rowerami. Jej czekoladowe oczy błyszczały wesoło, a jasne włosy były swobodnie rozwiewane przez wiatr. Już podczas tej kolizji urzekła go swoją urodą i wybuchowym charakterem. Była dziewczyną z ikrą i świetnymi odzywkami, a dodatkowo skradła jego od dawna niezakochane serce.
- Cześć Juliet - uśmiechnął się nieśmiało, czując te wstrętne rumieńce pojawiające się na jego policzkach. - Dawno się nie widzieliśmy.
- Trochę czasu minęło - przytaknęła głową - ale cieszę się, że widzę cię poraz kolejny.
Słońce zdawało się rozjaśniać jej twarz, dodając jej tym samym uroku. Niall zatracił się w jej oczach, w których tańczyły złotawe punkciki.
- Ja też się cieszę - odparł po chwili. - Mam nadzieję, że wybaczyłaś mi już to niefortunne pierwsze spotkanie.
Zaczęli powoli kierować się alejką. Blondyn wstrzymywał oddech za każdym razem, kiedy przez przypadek muskał jej dłoń swoją. Zastanawiał się, czemu przy niej wymięka. 


„Co ta dziewczyna ze mną robi?”.

- Nie gniewam się. Każdy może mieć zły dzień. Pogodziłeś się już z ojcem?
Niall skrzywił się, słysząc to pytanie. Pogaduszki o jego tacie nie były ulubionym tematem jego rozmów.
- Wciąż nie doszedłem z nim do porozumienia - westchnął, przeczesując blond grzywkę. - Jest uparty jak osioł i czasami nawet nie potrafi mnie wysłuchać. Nikłe poparcie mam jedynie w mamie, ale ona boi się przeciwstawić ojcu. Woli patrzeć na wszystko z boku i się nie wtrącać.
Popatrzył w niebo, po którym powoli przesuwały się chmury. Chciał być takim białym obłoczkiem. Nie przeżywać tragedii, żyć w spokoju i bez problemów, a co najważniejsze, uwolnić Zayna od koszmaru, jakim było jego życie. Do rzeczywistości ponownie przywrócił go melodyjny głos Juliet.
- A tak w ogóle, to gdzie idziesz?
Niall wstrzymał oddech. Nie chciał okłamywać dziewczyny, ale przecież nie mógł jej powiedzieć o sytuacji z Zaynem. Nie był jeszcze gotowy, żeby jej zaufać. Bał się, że Malik nie byłby zadowolony, kiedy wygadałby się całkiem obcemu człowiekowi, bo tak na dobrą sprawę Niall nigdy nie wspomniał przyjacielowi imienia „dziewczyny z kolizji rowerowej”.
   Podrapał się nerwowo po głowie, szukając odpowiedniej wymówki, ale jak na złość nic nie przychodziło mu do głowy, więc rzucił tylko:
- Tak po prostu wyszedłem się przejść. Wiesz, żeby odreagować po kolejnej kłótni z rodzicami.
Juliet tylko skinęła głową, patrząc przed siebie. Po chwili spuściła wzrok na czubki swoich butów i między nimi zapadła niezręczna cisza. Niall już chciał zapytać, dlaczego posmutniała, gdy stało się coś, czego kompletnie się nie spodziewał, a co sprawiło, że zmiękły mu kolana. 
Juliet go pocałowała.



~*~


   Izabella gwałtownie otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła. Odetchnęła z ulgą, gdy to co przed chwilą przeżywała, okazało się tylko zwykłym snem. Opadła z powrotem na poduszki, przywołując w pamięci fragmenty tego, co widziała w wyobraźni. 
Dlaczego wszystko było takie realistyczne i prawdziwe? Tak jakby naprawdę tam była, czuła każde muśnięcie i słyszała każde słowo. Nie umiała sobie na to odpowiedzieć, zwłaszcza że ten dziwny sen powtarzał się prawie każdej nocy.
   Powoli wstała z łóżka, otulając się różowym szlafrokiem wiszącym na oparciu krzesła. Stopy wsunęła w białe kapcie i wyszła ze swojego pokoju.
   W mieszkaniu Patricka było bardzo przytulnie. Mimo tego, że było małe, to jednak sprawiało wrażenie ciepłego i przyjemnego. Blondynka nareszcie poczuła się jak w domu. Tu nie musiała się niczego bać ani schodzić z latarką po schodach z myślą, że koło ostatniego stopnia czai się mężczyzna z siekierą. 
Jej pokój też jej odpowiadał. Był znacznie ciaśniejszy niż ten poprzedni i urządzony trochę po męsku, ale gdy dodała do niego trochę rzeczy kupionych jej przez wujka, od razu go pokochała.Patrick starał się, żeby czuła się tu jak najlepiej, więc często do niej wpadał pytając, czy czegoś czasem jej nie trzeba. Zazwyczaj odmawiała. Uważała, że i tak robi dla niej za dużo.
   Zeszła powoli na parter, kierując się w stronę kuchni. Tam na stole czekały już na nią tosty i sok pomarańczowy oraz karteczka z charakterystycznym pismem Patricka. Odczytała informację, że jej wujek pojechał na komendę pracować i wróci na czternastą, a w lodówce ma coś do odgrzania na obiad. 
Zaczęła powoli jeść, obserwując widok za oknem. Zamieszkała teraz w przytulnej okolicy, gdzie małe domki stały w równych odległościach od siebie i miały duże ogródki. Sam Patrick hodował jakieś roślinki mówiąc, że własne są najlepsze. Na ulicach nie było dużego ruchu. Dało się zauważyć parę rowerów i matki pchające wózki. Sąsiedzi byli bardzo mili i życzliwi. Wszyscy pomagali sobie nawzajem i wesoło witali nowych mieszkańców, włączając ich do swojej rodziny. Izabella miała już kilku znajomych, w tym dziewczynę mieszkającą obok, z którą wysyłała sobie liściki przez okno. Niby dziecięca zabawa, ale blondynka wciąż była nieufna co do ludzi.
   Skończyła pić sok i wrzuciła naczynia do zmywarki. Wróciła do pokoju, wyjęła jakieś ubrania i udała się do łazienki. Wzięła szybki prysznic, rozczesała długie włosy, nałożyła lekki makijaż i gdy tak patrzyła w lustro, zauważyła jaką ogromną przemianę przeszła. Osoba, która była jej odbiciem, nie była tą co kiedyś. W wyglądzie nie zauważyła jakichś strasznych zmian, choć na pewno schudła, a na jej twarzy nie było już tak dużej ilości make-up´u. Na pewno zmieniła się wewnątrz, bo teraz żałowała tego wszystkiego, co składało się na jej wcześniejsze, przede wszystkim szkolne, życie. Obgadywanie innych, wyśmiewanie się ze słabszych, gnębienie kujonów. Może to wszystko, czego doświadczyła w ostatnim czasie, miało ją uświadomić i nakierować na lepszą drogą? Tylko czemu tak wiele ją to kosztowało...
   W mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka. Izabella trochę się przestraszyła, ale stanęła przy drzwiach wejściowych i po kilku głębokich wdechach je uchyliła. Na szczęście nie stał w nich jakiś kolejny psychopata tylko Felix, uśmiechnięty od ucha do ucha.
- Przestraszyłeś mnie - powiedziała, chowając się w jego ramionach. - Mogłeś chociaż napisać.
Chłopak delikatnie gładził ją po włosach, przyciągając bliżej swojej piersi.
- Przepraszam, po prostu się stęskniłem.
Trwali jeszcze przez chwilę w swoich objęciach, a potem przenieśli się na kanapę w salonie. W pokoju szła cicho puszczona płyta Oasis. No tak, Patrick miał wszystkie ich albumy.
- Jak się czujesz? - spytał Felix, rozglądając się dookoła i podziwiając wystrój. Jego piłka od koszykówki swobodnie poturlała się pod stolik.
- Jest dobrze - Izabella wysiliła się na uśmiech. - Po części jakoś się już pozbierałam. Patrick bardzo o mnie dba i pomaga przejść przez ten cały bałagan. Powoli moje życie wraca do porządku. Tata się odnalazł i niedługo wychodzi ze szpitala. Znajdziemy sobie jakieś mieszkanie i mam nadzieję, że wszystko się ułoży. Nie chcę kolejnych kłopotów... - pociągnęła nosem. - Wczoraj odwiedziłam kujonów z kółka matematycznego i przeprosiłam za wszystko. Mimo tego, że wręcz zmieszałam ich z błotem, to mi wybaczyli. Tak po prostu. Są świetnymi ludźmi, a ja nigdy nie potrafiłam tego dostrzec. Jest mi tylko przykro, że jeszcze nie pojednałam się Harry´m. Chciałabym, żeby wybudził się jak najszybciej, bo ta cała sprawa między nim a mną leży mi na sercu.
Szczelniej otuliła się kocem i ułożyła głowę na torsie Felixa. Bicie jego serca działało na nią kojąco i poczuła, jak powieki same jej się zamykają.
- Wyspałaś się dzisiaj? Wyglądasz marnie.
- Właściwie, to nie. Dręczą mnie pewne sny - powiedziała, chcąc komuś się wygadać. Z Patrickiem raczej nie mogła pogadać na takie tematy.
- Tak? A jakie?
Podniosła głowę i zajrzała mu prosto w oczy. Dalej urzekały ją swoją orzechową barwą.
- Ale musisz mi obiecać, że to nie zepsuje relacji między nami, ok?
- Jasne - odparł, choć na jego twarzy pojawiło się zdziwienie. Co takiego mogło się jej śnić? Przez chwilę blondynka jeszcze się zastanawiała, więc brunet popatrzył na nią z troską w oczach, jakby zachęcając ją do kontynuowania. Izabella wciągnęła gwałtownie powietrze i starając się zachować spokój, ponownie zabrała głos.
- Ostatnio wciąż śni mi się Harry.
Dłoń Felixa, którą chciał odgarnąć włosy z jej twarzy, zatrzymała się w połowie drogi.
- Jak to śni ci się Harry? - powiedział zdezorientowany. - Myślałem... A poza tym...
- Felix, przecież wiesz, że to do ciebie coś czuję, tak? Nie wiem skąd te głupie sny. Zależy mi na tobie, a Harry przecież jest z Emmą - zaczęła, kładąc dłonie na jego rozpalonych policzkach. - Nic nie zmieni tego, kim dla mnie jesteś. A już szczególnie nie te sny.
- A co dokładnie ci się śni? - spytał niepewnie, wciąż nieprzekonany co do jej słów. Izabella oparła się o jego ramię i popatrzyła w sufit.
- Idealna rzeczywistość, w sensie, że wszystko tam jest dobrze. Żyją moi rodzice, żyje Lucy i żyje Homer. Mieszkamy razem i jesteśmy szczęśliwą rodziną. W pewnym momencie wpadam na Harry´ego i widzimy się poraz pierwszy, co jest dziwne, bo chodziliśmy przecież razem do szkoły od wczesnych lat. Świetnie nam się rozmawia i on zaprasza mnie na randkę. Kolejny sen opowiada o tym, jak Harry odprowadza mnie z tej randki. Trzymamy się za ręce, żartujemy, śmiejemy. Jest tak cudownie, że nie mam ochoty się budzić. A potem następuje pocałunek i serce fika mi koziołki w sercu. Następne sceny pokazują to, jak mi się oświadcza. Trochę niezdarnie, ale jakże romantycznie. Zamieszkujemy razem po wzięciu ślubu, ja jestem w ciąży, on ma dobrą pracę. Rodzę nam śliczne dzieci, jesteśmy tacy szczęśliwi. Bezproblemowe życie. I to było najwspanialsze, bo czułam to na własnej skórze. Tak jakbym w ogóle nie spała, ale przeżywała to w rzeczywistości. Każdy dotyk, każdy pocałunek. Wszystko takie realne, prawdziwe... Nie chciałam się budzić, choć przecież Harry nie jest mi przeznaczony. Coś takiego nigdy nie powinno się zdarzyć... Sny pojawiają się prawie każdej nocy, w niewielkich odstępach. Nie wiem dlaczego... - przerwała.
Zapadła cisza. Nikt się nie odzywał.
- To jest... dziwne - Felix skomentował jej opowieść po upływie kilku minut.
- Wiem, ale to tylko głupie sny, prawda? Przecież na pewno nie jest tak, że już od początku wszechświat chciał, bym była z Harry´m. To brzmi głupio - wymusiła chichot, choć w głębi serca miała pewne obawy. 
A co jeśli te sny nawet w niewielkim stopniu jej się podobały? Co jeśli kochała Felixa, ale Harry także zaczął ją do siebie przyciągać? Co jeśli... Miała nadzieję, że nie zakochała się w Stylesie. Nie, to niemożliwe. Odgoniła od siebie złe myśli i została poderwana do góry przez Felixa.
- Co ty na to, by pójść do parku rozrywki?



~*~


   O szesnastej przyszedł zupełnie niespodziewany gość. Emmę wybudził stukot czyichś butów, więc podniosła głowę z białej pościeli i niepewnie zerknęła w stronę drzwi. Uniosła brwi w zdziwieniu, gdy rozpoznała chłopaka, który stał nieśmiało, oparty o drewnianą framugę.Wyglądało to tak, jakby miał wątpliwości czy wejść czy stchórzyć i uciec. Wzrok miał rozbiegany, a trzęsące się dłonie ukrył w kieszeniach bluzy. Patrzył na Harry´ego współczującym wzrokiem, zresztą jak każdy, kto przebywał w tej sali, a potem zerknął na dłoń Emmy ściskającą tą należącą do Stylesa. Nie odzywał się. Dalej tkwił w niepewności.
- Wejdź, Lucas - zachęciła go Emma, zwracając pobladłą twarz w jego stronę. Ostatnio prawie w ogóle nie spała. Stan jej chłopaka był okropny. W każdej chwili mógł umrzeć, co powodowało u niej stres i jeszcze więcej zmartwień, a gdy tylko zapadała w krótką drzemkę śniły jej się koszmary. Codziennie błagała Boga o wybudzenie dla Harry´ego. Tęskniła za nim tak bardzo, że nawet nie opuszczała jego sali. Pielęgniarki i lekarze czasami kazali jej iść przespać się na kanapie w ich gabinecie, ale ona wolała ułożyć głowę na pościeli Harry´ego i obserwować przed zaśnięciem jego spokojną twarz. Ile by teraz dała, by choć na chwilę się uśmiechnął. Brakowało jej tego uśmiechu, który był jej potrzebny do życia jak tlen. A w każdym razie ona tak uważała.
   Lucas rozejrzał się jeszcze po korytarzu i powoli przekroczył próg. Stanął po drugiej stronie łóżka, na którym leżał Styles i delikatnie dotknął jego ramienia. Zaraz jednak cofnął się, jakby zażenowany, i odsunął na parę kroków.
- Nie spodziewałam się ciebie tutaj - powiedziała cicho Emma, gładząc włosy Harry´ego. - Po co przyszedłeś?
- Przeprosić... Ja... - otworzył usta, a potem je zamknął, jakby nie wiedział, co ma powiedzieć. - Po prostu zrozumiałem swój błąd i chciałbym go naprawić. Słyszałem, że został postrzelony, cała szkoła o tym mówi, ale nie spodziewałem się tego, że zapadł w śpiączkę.
Zegar na ścianie powoli odmierzał kolejne sekundy. Słychać było jedynie tykanie jego wskazówek.
- Czy wiadomo, kiedy się wybudzi? - zapytał Lucas, przestępując z nogi na nogę. - Chciałbym już mieć to za sobą.
- Nie wiadomo - odparła Emma. - Może jutro. Może za tydzień. Może za miesiąc. Może za rok. A może... Nigdy - głos się jej załamał. Lucas z pewną obawą położył jej dłoń na ramieniu. Nie odepchnęła jej.
Tego obawiała się najbardziej. Że Harry już nigdy się nie obudzi. Że już na zawsze pozostanie sama. Nie chciała tak długo czekać, choć przecież kochała go najbardziej na świecie. Był dla niej wszystkim co miała. Kimś, kto wciąż przy niej trwał i podnosił z ziemi po każdym upadku. Kimś, kto nie pozwolił jej odejść. Kimś, dla kogo mogła zrobić wszystko. Bolało ją to, że wobec jego śpiączki jest taka bezradna.
- Chyba pójdę do domu - westchnął Lucas, poprawiając ciemne włosy. Już chciał wychodzić, gdy z ust Emmy padło ostatnie pytanie.
- Przyjdziesz jeszcze?
Zatrzymał się krok przed progiem. Przez chwilę jeszcze się zastanawiał, ale ostatecznie pokręcił głową.
- Sam nie wiem. Prawdopodobnie nie.
I wyszedł. Tak po prostu. Ale ona i tak wiedziała, że wróci.
Smutnym wzrokiem popatrzyła na Harry´ego i mocniej zacisnęła jego palce w swojej dłoni.
- Kochanie - szepnęła, mając nadzieję, że chłopak ją usłyszy. - Nie zostawiaj mnie tu samej... Proszę cię. Bez ciebie to wszystko nie ma sensu, wiesz? Tak strasznie mi ciebie brakuje. Twojego uśmiechu i tego, że zawsze potrafiłeś poprawić mi humor - przerwała, biorąc głęboki oddech i starając się powstrzymać napływające do oczu łzy. - Tęsknię za chwilami spędzonymi na rozmowach. Chcę tylko, żebyś otworzył oczy i powiedział, że jesteś tutaj i nie masz zamiaru mnie zostawić. Tylko tego teraz potrzebuję. Po prostu się obudź. Nie wytrzymam bez ciebie - wzięła głęboki oddech i wytarła mokre policzki. - Każdy się o ciebie martwi, wiesz? Wszyscy za tobą tęsknią.
Zakończyła swój monolog, ocierając łzy i mocniej ścisnęła dłoń bruneta. Westchnęła głośno, zastanawiając się, czy on ją słyszał. Miała taką nadzieję. Więcej nic nie mówiła. Po prostu tam siedziała, wpatrując się w spokojną twarz chłopaka. 


"Wygląda jakby spał".

Pomyślała, a jeden z kącików jej ust niewidocznie się uniósł. 


"Tak sobie wmawiaj, Ems."

Odezwała się podświadomość, niszcząc pozytywne myśli. Cisza stawała się wręcz nie do zniesienia.
- Kocham cię, Harry - szepnęła po raz kolejny, trzymając jego rękę.
Już nawet zignorowała to, że kolejne łzy, spływają po jej policzkach, mocząc ciemne spodnie. Zapomniała o całym dniu, który przesiedziała w szpitalu. Nic nie miało znaczenia. Jedynie to, że jest blisko i może bez przeszkód trzymać jego dużą dłoń w swoich.
Nagle poczuła lekkie uściśnięcie. Spojrzała zaskoczona na dłoń chłopaka, która lekko zacisnęła się na jej, po czym z powrotem przeniosła wzrok na jego twarz i dostrzegła lekko drążące powieki.

- Harry - szepnęła, zakrywając buzie wolną ręką.
Chwilę później jej tęczówki spotkały się z idealnym szmaragdem, za którym tak bardzo tęskniła, a w pomieszczeni
u wszystko działo się jakby w zwolnionym tempie. Jego dłoń zaciskająca się na jej dłoni. Ich splecione palce i wymiany uśmiechów.
 - Jestem tu, Harry. Jestem. Słyszysz mnie, kochanie?
Przez chwilę mrugał, jakby przyzwyczajając się do tego jasnego światła, a potem przeniósł wzrok na Emmę. Nikły uśmieszek wstąpił na jego twarz.
- Emma... Tak bardzo tęskniłem... - ledwo wychrypiał.

- Ja również - odparła z szerokim uśmiechem. - Zawołam lekarza - oznajmiła w pełni szczęśliwa i opuściła salę swojego chłopaka.
W końcu wszystko było tak, jak powinno być. Przynajmniej u niej.


OD AUTORKI: Tak więc dzisiaj mamy taki luźniejszy rozdział: brak akcji, marne zakończenie. Muszę przyznać, że jest taki neutralny. Dość ciężko mi się go pisało, sama nie wiem czemu. Zasiadałam przed ekranem i nagle nie mogłam złożyć żadnego przyzwoitego zdania. Mam nadzieję, że to, co widzicie u góry jest w miarę znośne. Jak też pewnie zauważyliście, zmieniłam szablon. Co o nim myślicie? Lepszy niż poprzedni?
Od razu chcę Was też powiadomić, że nie wiek kiedy pojawi się następny rozdział. Mam teraz od 11-16 maja wycieczkę do Francji, a zaraz potem od 19 jadę do Warszawy. Męczą mnie też teraz projekty gimnazjalne, więc ledwo znajduje czas na pisanie. Nie bójcie się jednak: rozdział na pewno nie będzie czekał dłużej niż miesiąc.
Kocham Was wszystkich, dziękuję za te wspaniałe komentarze pod tamtym rozdziałem, zwłaszcza za ten:
"Prowadzisz świetnego bloga. To w jaki sposób opisujesz sytuacje i uczucia bohaterów jest niesamowite. Czytałam wiele ff i szczerze mówiąc ten zalicza się do najlepszych. Czytając ten rozdział, mogłam poczuć te wszystkie emocje. Masz naprawdę wielki talent do pisania :)"
Dziękuję za wszystko i przepraszam tych, których blogi zaniedbałam. Obiecuję, że w najbliższym czasie wszystko nadrobię.
Ps. Nie ukrywam, że wzorowałam się na innych historiach, pisząc ostatnie linijki tej części. Po prostu padam już ze zmęczenia, a chciałam, żeby  rozdział był dodany dzisiaj.
Camille x 


http://ask.fm/BeautyandTheGeekCamille

sobota, 12 kwietnia 2014

Rozdział 15 Część 1 - "Brak akcji serca!"


~*~
 (dedykacja dla tych, którzy jeszcze to czytają)
Każdy, kto przeczyta ten rozdział, niech zostawi po sobie jakiś ślad. Wystarczy mi nawet zwykła kropka dodana z anonima.
Głosujcie w ankiecie.
WAŻNA NOTKA POD ROZDZIAŁEM



   Pływam w zupełnej ciemności. Nie w wodzie, ale w strumieniu powietrza. Pływam na czarnej chmurze...
A oczy mam szeroko otwarte. Ale nie ma tam światła, nawet najmniejszego błysku i nic nie widzę, nie słyszę i nie czuję. Żadnego bólu. Żadnego powiewu powietrza. Żadnego ruchu mojego ciała. Ani bicia serca. Ani szumu krwi płynącej w uszach.
   Bicie serca. Wzrok. Dotyk. Gdzie one są? Gdzie ja jestem? Kim ja jestem?



~*~


   Anthony stał w osłupieniu. Jakby poprzez ten cały huk wystrzału coś się w nim zatrzymało. Nie był zdolny do wykonania żadnego ruchu, nogi odmawiały mu posłuszeństwa i nie chciały wykonać tych kilku kroków do przodu, ręce znieruchomiały, nie mogły drgnąć palce, klatka piersiowa ledwo się unosiła.
   Nie chciał w to wierzyć. Nie chciał i na siłę odpychał od siebie tą kołaczącą do jego umysłu myśl. Choć tak bardzo trudził się, by odnaleźć swojego jedynego syna, teraz, gdy prawdopodobnie kazał zamordować własne dziecko, nie chciał mieć z nim już nic wspólnego.
Czy to możliwe, by był ojcem tego chudziutkiego nastolatka? 
Czy te jego zielone oczy rzeczywiście odpowiadały tym, które miał Harry? 
Czy twarz bruneta musiała być aż tak cholernie podobna do jego własnej?
   Zmusił się do wykonania jednego kroku, choć tak wiele go to kosztowało. Ból rozrywał mu serce od środka, pod powiekami zapiekły pierwsze łzy. A później wszystko przyszło niespodziewanie, ale o wiele łatwiej.
   Dystans, który dzielił go od chłopaka, który właśnie upadł na ziemię, zaskakująco szybko się zmniejszył. Nie minęło kilka sekund, by ojciec upadł z płaczem obok swojego syna i przyciągnął jego kruche ciało do swojego torsu. Nie zważał na krew brudzącą jego ubranie. Teraz liczył się tylko Harry.
   Głaskał go po włosach, mówił szeptem jakieś słowa, wycierał szkarłatną ciecz z policzka, a jego własne łzy kapały na twarz nastolatka. Jak mógł do tego dopuścić! Dlaczego nie rozpoznał go na tym cholernym zdjęciu! Dlaczego pozwolił na to, by postrzelono mu dziecko!
   A Liam stał w osłupieniu, zresztą tak samo jak Marcos, mężczyzna który zranił Harry´ego. Dopiero co otrzymał rozkaz zabicia tego chłopaka, a teraz jego szef rozkleił się, tuląc ciało jego „ofiary” do piersi.
   Liam szybko odzyskał zdrowy rozum. Szarpał się przez chwilę z kieszenią, bo dłonie, które tak bardzo się trzęsły, nie mogły wyciągnąć telefonu z głębi materiału. Przez lekką mgłę przed oczami ledwo widział cyfry, które pisał na ekranie komórki, ale był pewny numeru, który wykręcił. Pogotowie musiało przyjechać na czas. 
Głos tak bardzo mu się trząsł, gdy podawał ratownikom medycznym miejsce, gdzie doszło do postrzału, niecierpliwie zerkając na to, co rozgrywało się parę metrów przed nim. 
Harry nie pociągnie już długo... 
Traci tyle krwi... 
Oby zdążyli na czas...
   Tak dużo pytań, tak mało odpowiedzi, a zegar wciąż odliczał kolejne minuty, w których z Harry´ego uchodziła cząstka życia.
Ale jedyne co mogli robić, to tylko czekać...

~*~

   Emma nie miała nic do roboty. Jeszcze przed chwilą liczyła spadające z sufitu kropelki wody, ale gdy doszła do czterech tysięcy, ta cała czynność straciła dla niej sens. Jej życie straciło sens.
   Nie wyobrażała sobie, że mogłaby tak po prostu stąd wyjść i zacząć żyć na nowo. Czy jej istnienie mogłoby funkcjonować bez Harry´ego u boku? 
Nie miała pojęcia, czy jej chłopak żyje czy nie. Ale w ciągu ostatnich dni utwierdziła się w przekonaniu, że nic nie powstrzyma jej porywacza od osiągnięcia wytyczonego celu, a skoro ten ustalił sobie za zadanie zabicie Harry´ego, czy coś było w stanie to zmienić?
   Nie miała już siły płakać. Przez ostatni dzień wylała tyle łez, że nawet nie sądziła, że tyle wody może zmieścić się w ludzkim ciele. A teraz pozostało jej jedynie cierpienie. I ból. I smutek.
   Czy serce może być aż tak rozdarte? Składające się z milionów porwanych na kawałki strzępów, których już nie można pozszywać?
Chciała płakać, by te wszystkie skumulowane emocje mogły choć na chwilę znaleźć ujście. Ale to było niemożliwe, a jej wystarczyłoby jeszcze parę sekund, by upaść w otchłań bólu i cierpienia.
   Odwróciła powoli głowę w lewo i kątem oka zerknęła na leżącego na ziemi Thomasa. Jego klatka piersiowa równomiernie unosiła się w górę i w dół, powieki były przymknięte i nie było widać żadnych drgań. 
Spał? A może tylko udawał, by nie musieć poraz kolejny słuchać jej wyżaleń pod tytułem: „Umieram, bo zabili mi Harry´ego”.
Emma współczuła Thomasowi. Ostatnimi dniami nie wyglądał najlepiej, bo porywacz nie szczędził mu kolejnych uderzeń. Ona sama miała tylko lekkie przecięcie na policzku, które lekko piekło, ale ból jej serca, nie mógł się równać z jakimś tam otarciem.
   Dziewczynie zdawało się, że tajemniczy mężczyzna nie ma serca, a jeżeli już takowe posiada, to musi być ono chyba z kamienia.
   Nagle usłyszała jakieś kroki, a po chwili ktoś zaczął mocować się z klamką. Zamek w końcu ustąpił, a Emma bardzo się zdziwiła, gdy zamiast porywacza ujrzała sylwetkę Liama.
- Liam? - zapytała słabym głosem, a chłopak tylko do niej podbiegł i zabrał się za rozwiązywanie sznura na jej nadgarstkach. Emma przyjrzała się jego twarzy. Oczy miał zaszklone, ciągle pociągał nosem a jego dolna warga nieprzerwanie drgała. Coś musiało się wydarzyć, a dziewczyna przewidywała najgorsze scenariusze.
Liam, gdy tylko poradził sobie z supłami chwycił delikatnie Emmę pod ramiona i powoli podniósł ją do pionu tak, że mogła spokojnie oprzeć się na jego ciele. Lekko zakręciło jej się w głowie, ale szatyn zareagował na czas, podtrzymując jej wychudzone ciało.
- Wszystko w porządku? - kolejne pytanie padło z jej ust, gdy zaczęli kierować się w stronę wyjścia. Nagle o kimś sobie przypomniała. - Liam, jeszcze pan Abbey - dodała, wskazując na leżącego mężczyznę.
Payne przerzucał wzrokiem to na siebie to na Thomasa.
- Nie dam rady go podnieść - powiedział w końcu. - Razem z tobą będzie zbyt ciężki. Później kogoś po niego poślę, a teraz się pośpieszmy, bo nie zdążymy do szpitala - kontynuował przesuwanie się w stronę progu.
- Szpital? Przecież nic mi nie jest - jęknęła Emma, gdy otarła się ramieniem o framugę drzwi. - Wystarczy mi tylko apteczka.
- Nie o ciebie chodzi - odparł Liam, a jego głos znacznie zadrżał. - Postrzelili Harry´ego. Nie wiadomo, czy przeżyje.
Wstrząsnął nią potężny dreszcz. Zimno przeniknęło każdą komórkę jej ciała i mało brakowało, by ze strachu jej włosy stanęły dęba.
Harry żył. Wciąż żył. Ale umierał. A skoro zostało mu tak mało czasu... Musiała zdążyć choć znaleźć się blisko niego. 
Zaczęła pewniej stawiać kroki, jej serce rwało się do samochodu, do którego właśnie prowadził ją Liam, a w jej umyśle pojawiło się miliard myśli. Zasiadła na tylnym siedzeniu i gdy tylko Payne odpalił silnik, zaczęła go pośpieszać. 
Musiała zdążyć na czas.

~*~

   Ciemność przerywa nagły blask światła. Wstrząsa mną wysoki piszczący dźwięk, a potem nagle coś wyciąga mnie z ciemności mojego kokonu. 
   Unoszę się w powietrzu, jestem w rogu pomieszczenia, z góry patrzę na panujące tu paniczne ożywienie. Widzę lekarzy, pielęgniarki, sprzęt medyczny, a potem siebie. 
To ja! Leżę na szpitalnym łóżku. Nagle przypominam sobie, kim jestem. Nazywam się Harry Styles. Mam szesnaście lat. Mieszkam w...
- Brak akcji serca! - krzyczy lekarz. Jest wysoki, ma idealnie przystrzyżoną ciemną brodę i powiewający fartuch.
- Elektrowstrząsy! - krzyczy inny.
Patrzę na nich z mojego kąta, z zaciekawieniem, ani trochę nie przestraszony. Wszystko pode mną jest krystalicznie czyste, nasycone kolorami i światłem. Nie czuję bólu.
- Gotowe! - mówi lekarz od elektrowstrząsów. Moje ciało drży, kiedy przechodzą przez nie impulsy elektryczne, wije się w konwulsjach i opada na stół. Wyglądam jak ryba wyrzucona z wody, miotająca się na suchym lądzie, który nie jest jej naturalnym środowiskiem.
- Bez zmian - mówi pielęgniarka, patrząc na monitor.
- Jeszcze raz - nakazuje lekarz z ciemną brodą.
   Tracę zainteresowanie tą sceną. Staję się coraz lżejszy i bez wysiłku wychodzę z pomieszczenia przez ścianę do długiego tunelu. Widzę jasne światło i czuję się tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy nie byłem. 
   Słyszę szepty i widzę moją babcię, Katie Styles, machającą do mnie ręką. Wiem, że umarła, ale mam ochotę podbiec do niej i ją uściskać. Tunel zaczyna wypełniać się pięknym światłem, a ja chcę go dotknąć. 
   Cofam się. Nagle zaczynam czuć niepewność. Jakaś część mnie chce iść do przodu, inna chce wracać.
   Zatrzymuję się. Wiszę w tunelu. Co się ze mną dzieje? Światło jest piękne i spokojne. Powinienem go dotknąć.
- Jeszcze nie - mówi jakiś głos.
- Wracaj - szepcze inny.
Nie mogę wydobyć głosu, żeby odpowiedzieć.
Cofam się z powrotem przez tunel z prędkością pociągu. Przez sufit przenikam z powrotem do pomieszczenia, wiruję nad moim ciałem jak woda spływająca i kręcąca się w koło. 
Bezskutecznie usiłuję nie dać się wciągnąć do mojego ciała. Wchodzę do środka, jak gorący wosk wypełniając formę mojego ciała. Z oddali słyszę, jak lekarz z ciemną brodą krzyczy:
- Jest akcja serca. Wrócił do nas!

~*~

   Wszyscy czekali w poczekalni izby przyjęć. Anthony, Liam, Emma, przyszła nawet Izabella razem z Felixem i Patrickiem, bo do szpitala zabrano także jej ojca. 
Thomas miał tylko nieliczne i to na dodatek bardzo lekkie urazy wewnętrzne, a także złamaną rękę, ale nie było to tak poważne, na jakie wyglądało. Jego stan był stabilny. Przed chwilą odbył krótką rozmowę z córką, ale teraz musiał odpoczywać. Izabella wciąż miała żal do pulchnej pielęgniarki, która dosłownie wyrzuciła ją za drzwi sali, gdzie leżał pan Abbey.
   Z Harry´m było znacznie gorzej. Gdy tylko przywiozło go pogotowie, był nieustannie badany przez lekarzy. Emma stała z boku, marząc o tym, żeby wyjść ze skóry i po cichu zakraść się tam do środka i być ze swoim chłopakiem. Zacisnęła pięść, uświadamiając sobie jak bliski śmierci jest Harry. Ciężko przełknęła ślinę, gdy jakaś pielęgniarka wybiegła z sali, po chwili wracając z kolejnym doktorem. Była wdzięczna im za to, że tak bardzo starają się ratować życie jej chłopaka. 
Inni też czekali w kolejce do lekarzy - ludzie kaszlący i kichający, płaczące dziecko, mały chłopiec z kostką owiniętą workami z lodem, mnóstwo ludzi siedzących na krzesłach. Ale ona wiedziała, że to Harry jest w tej chwili w najbardziej krytycznym stanie. Nie mówiła tego, ale doskonale o tym wiedziała. 
Usłyszała jak Anthony szepcze:
- Proszę, Boże... pozwól mu żyć.

~*~

   Czekała, aż przywiozą go z sali operacyjnej. Siedziała przez całą noc przy łóżku, kiedy spał. 
Właśnie. Wmawiała sobie, że śpi, bo tak naprawdę zapadł w śpiączkę.
   Pamiętała historie, które czytała o ludziach w śpiączce. Dziwną opowieść o mężczyźnie, który nie obudził się przez ponad dwadzieścia lat. Ścisnął jej się żołądek. Serce podeszło do gardła.
Spytała lekarza, kiedy Harry wybudzi się z tej śpiączki, ale lekarz unikał jej wzroku i wcale nie odpowiedział na pytanie. To był bardzo zły znak.
   Inni odwiedzający przychodzili i wychodzili, ona trwała na posterunku. 
Kula przebiła lewe płuco Harry´ego, zadrasnęła osierdzie, ominęła o milimetry komorę serca. Stracił mnóstwo krwi, miał zapadnięte płuco, z jego klatki piersiowej wystawały rurki plastikowe służące do drenażu, ale można było powiedzieć, że miał szczęście.
   Jakaś pielęgniarka kręciła się obok Harry´ego, poprawiając mu poduszki i po chwili zerknęła na zmęczoną Emmę. Uśmiechnęła się delikatnie, widząc jak wielka miłość wypływa z jej spojrzenia, gdy patrzy na tego bladego pacjenta.
- Zostawię was samych - powiedziała Sonya, a gdy Emma tylko kiwnęła głową, ona wyszła z sali, zamykając za sobą drzwi. Brunetka ułożyła dłoń Harry´ego, którą ściskała od kilkudziesięciu minut, na białej pościeli. Bardzo lubiła być ze swoim chłopakiem sam na sam. Mogła wtedy z nim swobodnie porozmawiać. Mówiła mu o wszystkim, co leżało jej na sercu i wiedziała, że on ją słyszy, mimo tego, że znajduje się w śpiączce.
- Cześć kochanie. Znowu - uśmiechnęła się delikatnie. - Wyjdziesz z tego. Lekarze pomogą ci wyzdrowieć. - Przycisnęła usta do jego dłoni i usiłowała myśleć pozytywnie. - Izabella u ciebie była, wiesz? Niewiarygodne, jak takie trudne przeżycia zmieniają człowieka. Nie rozpoznałbyś w niej tej starej Izabelli, którą była kiedyś. Królowa szkoły, dręczycielka, podła blondynka śpiąca na pieniądzach... Dziewczyna zmieniła się zupełnie, oczywiście jeśli chodzi o charakter, bo na zewnątrz wciąż jest tak samo ładna.
Twój tata też długo u ciebie siedział. Martwi się i obwinia za wszystko. Zresztą słusznie, bo to przecież z jego winy zginęła prawie cała rodzina Izabelli, a ty zostałeś postrzelony. Ale on cię kocha. Bardzo cię kocha. Wiem, że chciałbyś spędzić z nim trochę czasu, ale nie sądzę, by było to możliwe. Policja zaczyna już węszyć i na pewno szybko wpadnie na jego trop. Przykro mi z tego powodu, że pójdzie do więzienia, bo spędzanie z nim czasu i samo odnalezienie go, było dla ciebie takie ważne. 
Dziwi mnie to, że w odwiedziny nie przyszła jeszcze twoja mama. Dziwna sprawa, bo to chyba właśnie ona powinna najbardziej martwić się o twoje zdrowie, prawda? - oczekiwała od niego odpowiedzi, ale dopiero po chwili przypomniała sobie, że on przecież nie może się odezwać. Posmutniała. - Rodzice myślą nad przeprowadzką, bo mamy strasznie zdewastowany dom po napadzie tych porywaczy. Nevil wynalazł fajne mieszkanie niedaleko twojego domu. Spodobał mi się ten pomysł, bo chciałabym zamieszkać blisko ciebie. To znaczy, kiedy obudzisz się już z tej śpiączki.
   W pokoju panowała cisza. Promienie słońca wpadały przez okno i rzucały cień na jego nieruchome ciało. Miała ochotę wziąć go w ramiona.
   By choć trochę podnieść się na duchu zaczęła opowiadać mu o przygotowaniach do nadchodzących urodzin jej brata, o pogodzie, jaka była za szybą oraz o różnych wspominkach z jej życia, które choć w najmniejszym stopniu miały w sobie coś wesołego. Napełniły ją wspomnienia szczęśliwych czasów i coraz bardziej pragnęła przytulić Harry´ego. 
Uniosła pościel, położyła się obok niego na łóżku i delikatnie objęła go ramionami. Był taki drobny i kruchy, ale ciepły, a obejmując go poczuła pewien spokój. Jego włosy urosły o kilka centymetrów i były rozrzucone po poduszce. Były miękkie jak puch, kiedy zanurzyła w nich nos i usta. Delikatnie ucałowała jego wargi, jakby bając się wyrządzić mu krzywdę. Jeżeli teraz ktoś wszedłby do pokoju, pewnie dostałaby dożywotni zakaz wstępu do tego miejsca, ale było jej to obojętne. Chciała tylko otaczać go ramionami, wiedzieć że już jest bezpieczny. 
Przez chwilę poczuła, jak jego ciało się rozluźnia. Wiedziała, że to tylko złudzenie, ale jednak uczyniło ją to szalenie szczęśliwą.
- Kocham cię, Harry - wyszeptała, ocierając zbłąkaną łzę z kącika oczu. - Zawsze będę cię kochać. Tylko musisz ze mną zostać, dobrze? Być tutaj, przytulać mnie tak jak zawsze, całować na dobranoc w czoło, uśmiechać się, mówić do mnie tym swoim najpiękniejszym głosem, pocieszać, gdy jest mi źle i kiedy jedynym lekarstwem na smutek są te twoje dwa słodkie dołeczki.
Nie chcę cię stracić, Harry. Nie teraz, gdy tyle przeszliśmy, gdy nasza miłość została wystawiona na wiele bolesnych prób. Nie teraz, gdy poraz drugi poświęcasz się dla mnie. Dlaczego to robisz? Twoje życie jest o wiele ważniejsze niż moje.
Nie wiem, jakimi słowami mogę opisać to, co do ciebie czuję. To, jak bardzo ważny dla mnie jesteś. Dla ciebie zwykłe „kocham cię” to za mało.
   Nie wiedziała, jak ma ubrać w słowa to, jak bardzo go kocha, więc zaczęła cichutko śpiewać, gładząc kosmyki jego włosów i tuląc go, niczym małe dziecko do snu:


(wyobraźcie sobie, że śpiewa to Emma)

For you, there'll be no more cryin'
For you, the sun will be shinin',
And I feel that when I'm with you,
It's alright, I know it's right

To you, I'll give the world
To you, I'll never be cold
'Cause I feel that when I'm with you,
It's alright, I know it's right.

And the songbirds are singing,
Like they know the score,
And I love you, I love you, I love you,
Like never before.

Oooohhh
Oooohhh

And I wish you all the love in the world,
But most of all, I wish it from myself.

And the songbirds keep singing,
Like they know the score,
And I love you, I love you, I love you,
Like never before, like never before
Like never before.



   Skończyła z płaczem, gdy uświadomiła sobie, że może go stracić, ale już tak naprawdę, choć obiecali sobie, że przetrwają wszystko. Chciała sięgnąć po opakowanie chusteczek leżących na szafce, gdy usłyszała gwałtowne piszczenie jednej z maszyn. Kolorowe pudełeczko wypadło jej z rąk, gdy do sali zbiegli się przeróżni lekarze i pielęgniarki. Powstał istny chaos, każdy przekrzykiwał każdego, szczęk narzędzi potęgował hałas i tylko Emma stała nieruchomo wśród tego całego tłumu, a jej nadzieja gasła z każdym kolejnym słowem lekarzy. Zsunęła się po ścianie, słysząc ostatnie zdanie doktora z ciemną brodą.
- Tracimy go!
Serce poraz kolejny pękło jej na pół. 
To mógł być koniec...

OD AUTORKI:  Sama się dziwię, że dodaję ten rozdział tak wcześnie. Jest dopiero jedenasta. Ale wracając... Jak podoba Wam się pierwsza część rozdziału piętnastego? Akurat w tej mamy przeważanie Harry'ego i Emmy, ale druga część będzie pękać w szwach od Nialla, Zayna, Juliet, Izabelli i Felixa. 
Naprawdę chcę, byście wyrażali swoje opinie w komentarzach, bo nie wiem, kiedy z 18 CZYTELNIKÓW zrobiło się tylko OŚMIU. Czy naprawdę tak bardzo zła jest ta historia i tak nudna, że 10 osobom odechciało się jej czytać?
Chcę też, byście w komentarzu napisali co Wam się w tym blogu NIE PODOBA. Cokolwiek w  wyglądzie, tekście, sposobie pisania. Może dzięki temu uda mi się jakoś polepszyć Beauty and The Geek i czytelnicy powrócą.
Zastanawiam się, czy nie zawiesić na pewien czas BaTG i poświęcić czas na reklamowanie go.