niedziela, 14 września 2014

Season 2 Chapter 2 - "Czego ty się tak boisz, Harry?"


 ~*~
 (dedykacja dla tych wszystkich, którzy walczą o odzyskanie przyjaźni)

  

   Przejechała opuszkami palców po przeźroczystym szkle, znacząc na nim delikatne, niewidzialne smugi i lustrowała wzrokiem postać stojącą naprzeciwko niej. Skrzywiła się nieznacznie, kiedy na ziemię opadła kolejna bluzka, a pod drzwiami wylądowała już trzecia dzisiaj para spodni.
   Stanęła ponownie przed lustrem, tym razem w samej bieliźnie i założyła parę kosmyków za ucho, ciężko wciągając powietrze. Patrzyła na wszystkie swoje niedoskonałości, na ten okropnie wystający brzuch, zbyt grube nogi, za mały biust. Krytycznym okiem oceniała całe swoje ciało, uważając, że wygląda naprawdę źle. Zerknęła jeszcze raz na swoje drugie „ja” i kręcąc głową z niezadowoleniem, odwróciła się na pięcie, podchodząc do szafy. Wzięła pierwsze lepsze jeansy z półki, chwyciła w dłoń czarną koszulkę z jakimś białym napisem i szybko nałożyła je na siebie, zabierając po drodze jeszcze parę skarpetek. Nałożyła na siebie bardzo lekki makijaż, ułożyła sterczące na wszystkie strony włosy i po chwili już zbiegała ze schodów z torbą uwieszoną na ramieniu.
- Dzień dobry - przywitała się wchodząc do kuchni, ale jak zwykle przywitało ją jedynie ciche mruknięcie ze strony ojca, który zawzięcie szukał czegoś na swoim laptopie, kartkując cały stos papierów leżący po jego prawej stronie. Kubek zimnej kawy stał nietknięty obok rozrzuconych na stole długopisów, a ledwo nadgryziony tost już dawno został zapomniany. Jej matka podniosła na chwilę wzrok znad gazety, posyłając jej nikły uśmiech i wróciła do dalszego czytania działu ekonomicznego. Tylko Nevil wyraził jakikolwiek entuzjazm i przytulił ją na powitanie.
- O której dziś wrócicie? - spytała Emma, wyciągając swój ulubiony kubek w kropki i wrzucając do niego torebkę herbaty. Zalała ją jeszcze gorącą wodą i wróciła do stołu, czekając na odpowiedź.
- Późno - pan Revie jak zwykle uraczył ją jednym, zdawkowym słowem. Emma zastanawiała się, czy kiedykolwiek zamienił z nią więcej, niż trzy zdania.
- Znowu nie będzie was cały dzień, prawda? - wyrzuty w jej głosie były idealnie wyczuwalne, ale rodzice zdawali się tego nie zauważać. Dalej zajmowali się swoim ukochanym zajęciem. Pracą.
- Tak trudno jest wam przyjechać godzinę wcześniej? - kontynuowała, upijając łyk herbaty. - Czy ta cholerna firma, jest ważniejsza od rodziny?
Ojciec dziewczyny mocno i gwałtownie uderzył pięścią w stół. Kubek z jego kawą rozlał się na blacie, wsiąkając we wcześniej biały obrus i oblewając nieszczęsnego tosta.
- Mogłabyś w końcu przestać narzekać! - wybuchnął. Nevil aż się wzdrygnął, ciężko przełykając czekoladowego batonika. - Nie widzisz, jak bardzo staramy się zapewnić wam dobre życie? Jak ciężko harujemy, byś mogła potem mieć wszystko, czego tylko chcesz? Pieniądze nie rosną ot tak na drzewach! A ty masz jeszcze pretensje!
Ze złością chwycił swoją aktówkę, wrzucając do niej uprzednio wszystkie papiery, pod ramię włożył laptopa i mamrocząc coś pod nosem, trzasnął drzwiami, wychodząc z domu. Po chwili dało się słyszeć ryk silnika jego samochodu, którym odjechał jak co rano do pracy.
   Emma zacisnęła mocniej palce na kubku, nie zważając na to, że gorący napój parzy jej skórę. W oczach zaszkliły jej się łzy, ale chciała pokazać Nevilowi, że jest silna. Jej matka tylko popatrzyła na nią z obojętnością i składając gazetę, opuściła kuchnię.
   Brunetka ledwo powstrzymywała emocje. W pomieszczeniu panowała cisza, przerywana jedynie mlaskaniem jej brata i tykaniem małego zegarka, który stał na blacie. Już chciała wstać z krzesła i pobiec do swojego pokoju, by wypłakać się w poduszkę, gdy poczuła jak ktoś wdrapuje się na jej kolana. Szczupłe ramiona objęły ją za szyję, dodając choć trochę otuchy. Emma odwzajemniła uścisk, przyciągając Nevila do swojej piersi.
- Emma? - spytał cichutko chłopczyk, wlepiając w nią spojrzenie swoich czekoladowych oczu. - Czy mama i tata już nas nie kochają?
Pierwsza słona łza spłynęła po jej policzku.
- Nie, mały. Jesteśmy dla nich całym światem.
- Wczoraj tata obiecał, że przeczyta mi tą nową książkę, którą dostałem od cioci Brigit. Dlaczego tego nie zrobił?
- Był bardzo zmęczony, wiesz? Dzisiaj na pewno ci poczyta, obiecuję - uśmiechnęła się słabo. 
- Tak dawno nie bawił się ze mną w chowanego... Dlaczego tatuś nie chce się ze mną już bawić?
- Ciężko pracuje - ucałowała czubek jego głowy. - Ale jeśli chcesz, to zaproszę Harry´ego i on będzie cię szukał, dobrze?
- Tak! - twarz Nevila przyozdobił szeroki uśmiech. - Mam taką kryjówkę, w której nigdy mnie nie znajdzie!
- Harry na pewno się zgodzi. A teraz chodź. Zaprowadzę cię do opiekunki i pójdę do szkoły - wzięła brata na ręce i postawiła na ziemi. - Biegnij po Pana Dinozaura, będę czekać przy wyjściu.
   Patrzyła jak jej brat wbiega po schodach, a potem ciężko osunęła się po ścianie, chowając twarz w dłoniach.
   Nienawidziła swoich rodziców tak bardzo, jak ich kochała. Ale z całych sił wierzyła w to, że oni kochają ją, choć tyle razy sprawiali jej przykrość.
Wtedy kiedy została porwana, wyglądali jakby naprawdę się tym przejmowali. A teraz? Znowu traktują ją jak powietrze, a ich serca są jak z kamienia. Jakby w ogóle nie zauważali, że ona potrzebuje ich bliskości. Nie pieniędzy, ubrań, telefonów, butów i torebek. Tylko tej rodzicielskiej miłości i czułego uścisku, gdy dzieje się źle. Czy to naprawdę było aż tak wiele?


~*~


    Dzwonek rozbrzmiał echem po korytarzu, a z klas tłumami zaczęli wysypywać się uczniowie. Harry wstając ze swojego miejsca, założył torbę na swoje ramię i żegnając się uprzednio z profesorem od historii, spokojnym krokiem wyszedł na korytarz.
   Popatrzył za okno i uśmiechnął się na widok wirujących w powietrzu liści. Wydawały się uśmiechać do niego całą paletą barw, co pomagało zapominać mu o tych wszystkich problemach, z którymi nie dawał sobie rady. 
Przez uchyloną szybę wpadł czerwony listek, swobodnie opadając na parapet. Harry chwycił go w dłoń, obrócił parę razy między palcami, badając jego fakturę, a potem z uniesionymi kącikami ust, wsunął między kartki jednej z książek. 
   Lubił jesień. Kiedy inni narzekali na chłód i ciągłe deszcze, on lubił stawać w strugach wody, patrząc jak przeźroczyste krople zmywają z niego ciężar trosk. I to wydawało mu się w tym wszystkim najpiękniejsze. Oczyszczenie.
   Zbiegł po schodach na parter, starając się odnaleźć wzrokiem czuprynę Liama. Obrócił się parę razy na pięcie i w końcu zauważył przyjaciela stojącego z jakimś blondynem pod drzwiami do szatni. Nie rozpoznał go z tej odległości, więc przeczesując palcami grzywkę, zdecydował się podejść bliżej.
- Cześć, Liam - odezwał się nieśmiało, zaciskając w dłoni pasek od torby. Payne odwrócił się z uśmiechem do kolegi, przerywając rozmowę z tajemniczym blondynem.
- Oh, hej Harry - poklepał Stylesa po plecach. - Poznajesz Nialla? Przeniósł się tu na początku roku.
Harry zerknął na postać szczupłego chłopaka i wtedy sobie go przypomniał. Ten blondyn przychodził do niego na korepetycje. Mieszkali całkiem blisko siebie, choć rzadko się widywali. Niall przecież uczył się w prestiżowym liceum.
- Tak, poznaję cię - uśmiechnął się wyciągając dłoń, którą tamten uścisnął. - Ale chyba zmieniłeś fryzurę, odkąd cię ostatni raz widziałem, prawda?
Horan cicho zachichotał.
- Nowa fryzura oznacza dla mnie jakieś zmiany. Coś jak nowy start w życiu - wsadził ręce głęboko w kieszenie spodni. - Przeniosłem się do innej szkoły, bo czułem, że do tamtej nie pasuję. Jakbym był kosmitą, czy coś. Tam wszyscy skupiali się na tym, co materialne. Ja jestem artystą. Ważniejsze dla mnie to, co duchowe, a nie kupa forsy. No i jeszcze chciałem pomóc kumplowi, a myślę że uda mi się to zrobić lepiej, jeśli będziemy w jednej klasie.
- No tak, masz rację - Harry już polubił nowego znajomego. - Uhm, Liam? - spytał po chwili, przenosząc wzrok na szatyna. - Pójdziesz ze mną na stołówkę podczas lunchu, tak jak obiecałeś?
Liam momentalnie pobladł, a jego mina zrzedła do granic możliwości.
- Tylko że widzisz... - podrapał się niezdarnie po głowie. - Pani Cooper poprosiła, żebym oprowadził jakiegoś nowego ucznia po szkole, no i... Nie chciałbym jej zawieść. Rozumiesz o co chodzi, prawda?
- Tak, w porządku - Harry wysilił się na wesoły ton. - Jedzenie może zaczekać. A wiesz już kogo masz oprowadzić?
Liam przez chwilę się zastanawiał, ale po chwili sobie przypomniał.
- Tyler O'Brian! Dokładnie tak!
W gardle Stylesa stanęła niewidzialna gula.
- Oh... - wyrwało mu się.
- Wszystko w porządku? - Liam wyglądał na zaniepokojonego.
- Tak, tak... - Harry pokręcił nerwowo głową. - Wszystko gra. Będę się już zbierał, ok? Emma czeka i w ogóle...
- Jasne - Payne nie dawał wrażenia przekonanego. - Zobaczymy się na obiadowej, ok?
- Będę czekał - brunet puścił mu oko i szybkim krokiem z powrotem wdrapał się na piętro. Swoje kroki skierował ku męskiej toalecie i po chwili już stał przed lustrem.
- Czego ty się tak boisz, Harry? - zapytał swojego odbicia, choć i tak dobrze wiedział, że nie otrzyma odpowiedzi. Skupił wzrok na swoich dłoniach opartych o umywalkę, które niesamowicie drgały.
   Nie mógł dać się zastraszać jakiemuś zbyt pewnemu chłopaczkowi, który myślał, że wszystko mu wolno. Nie chciał być poniżanym kolejny raz i tak po prostu na te wszystkie obelgi pozwalać. Przecież nie był już taki jak kiedyś. Przecież się zmienił. To czemu na samo imię „Tyler” po plecach przechodzą mu dreszcze? Dlaczego nie potrafi się obronić, postawić, cokolwiek? 
   I wtedy do głowy wpadł mu pewien pomysł. Chwycił za telefon i kliknął w listę kontaktów. Wyszukał pożądany numer i nacisnął zieloną słuchawkę. Pierwszy sygnał, drugi, trzeci...
- Halo? - usłyszał tak dobrze znany głos Patricka.
- Chcę byś nauczył mnie, jak się bić.


~*~


   Przemierzając korytarz, mocno ściskała zeszyty w dłoni, skupiając się na czubkach swoich butów. Dręczyło ją tyle myśli, chciała się komuś wygadać i wyrzucić to z siebie. Niby Emma była jej przyjaciółką, ale gdyby dowiedziała się o tych wszystkich snach... Nie, nie mogła jej o tym powiedzieć. Nie mogła stracić tej przyjaźni po raz drugi.
   Oparła się ciężko o szafkę, przy której Revie odkładała swoje książki, zerkając co chwilę na twarz przyjaciółki. Wyraźnie coś ją dręczyło.
- Wszystko w porządku? - zapytała, wpisując swój kod i chowając całe naręcze zeszytów do środka. - Nie wyglądasz najlepiej.
- Po prostu się nie wyspałam - jej uśmiech zdecydowanie był wymuszony. - O tobie mogłabym powiedzieć to samo.

„Gdybyś tylko wiedziała...”.

- Pokłóciłam się z Felixem. Znowu - trzaskając metalowymi drzwiczkami, opadła na ławkę pod oknem, opierając się o ścianę i patrząc w sufit. - Wszystko się wali... Nie wiem już co robić.
- Musisz szczerze z nim porozmawiać. Zobaczyć, czy jest jeszcze co ratować. - Emma usiadła obok niej, zakładając nogę na nogę. - Tylko tak sprawdzisz, czy to w ogóle ma sens.
- Nasze życie jest popieprzone - warknęła Izabella, zaciskając dłonie w pięści. - Dlaczego nie mogłyśmy być zwyczajnymi nastolatkami. Przeżywać bunt, plotkować, pożyczać sobie ciuchów, chodzić na imprezy, cieszyć się z byle błahostek? Co zrobiłyśmy, że zamieniło się ono w koszmar?
- Wcale nie jest ko... - zaczęła Emma, ale blondynka gwałtownie jej przerwała.
- Dziewczyno! Jak nie jest? Zabili mi matkę i siostrę, ojca porwali. Ty też wpadłaś w łapska tych paskudnych przestępców, postrzelili ci chłopaka, który leżał w śpiączce całe wieki. Czy może być coś gorszego?
Emma zamilkła.
- Przepraszam, poniosło mnie - Izabella tylko machnęła ręką. - Chodźmy już, bo spóźnimy się na lunch.
Wstała z ławki i chwytając przyjaciółkę za rękę skierowała się w stronę stołówki. Revie nie odezwała się ani słowem.
   Kiedy były już przy drzwiach i poczuły zapach jedzenia, Emmie nagle zakręciło się w głowie. Nie mogła oddychać, nogi zrobiły jej się jak z waty, w oczach pociemniało. Przewróciłaby się, gdyby nie silny uścisk Izabelli na jej ramieniu.
- Emma, Emma... - głos Abbey dochodził do niej jakby z oddali. - Emma, do cholery! Co się dzieje?!
I wtedy usłyszała także drugi głos, ale lekko zachrypnięty. Poczuła jego dłoń na swojej i dopiero wtedy wróciła do rzeczywistości, szaleńczo mrugając oczami.
- Emma, co się stało? - spytał zmartwiony Harry, zamykając ją w szczelnym uścisku. Wtuliła się w jego szyję, zaciągając się jego delikatnym zapachem.
- To tylko chwilowe zasłabnięcie - uczniowie przechodzący korytarzem z zaciekawieniem obserwowali całą sytuację. - Nic mi nie będzie.
Z pomocą Harry´ego powoli podniosła się na nogi i dała pociągnąć do stołówki, zostawiając Izabellę na korytarzu, która stwierdziła, że dołączy do nich później.
   Gdy tylko niebieskie drzwi zamknęły się za jej przyjaciółmi, Izabella gwałtownie wciągnęła powietrze. To nie mogła być prawda. Nie mogła. Ona przecież... Ale...
   Wtedy, kiedy Harry zetknął się z jej ramieniem... Ta fala dreszczy, gdy przez chwilę musnął palcami jej dłoń... To krótkie wstrzymanie oddechu i motylki wirujące w jej brzuchu. 
Ale ona przecież miała Felixa. To na nim jej zależało. A co jeśli...
- Nie - szepnęła, zakrywając usta dłonią.
Przecież to niemożliwe żeby... 

Zakochała się w Harrym?

  
OD AUTORKI: Nawaliłam. Totalnie nawaliłam. Nie mam nawet słów, by określić, jak straszny jest ten rozdział. Przepraszam. Ostatnio coś mnie dręczy i w sumie to wszystko przelałam na ten rozdział pisząc go tak, jakby nic mi się nie chciało. Jestem otwarta na każdą krytykę. Mam nadzieję, że wybaczycie x
Camille x
PS. Czy BatG ma jeszcze w ogóle sens?

niedziela, 7 września 2014

Kiedy nowy?

Nowy rozdział pojawi się 14.09.2014 :) Przepraszam za te opóźnienia, ale już od kilku tygodni ciągnie się za mną pewien pomysł na nowy dodatek i po prostu muszę skończyć go pisać. Do zobaczenia za tydzień! 
Camille x



czwartek, 31 lipca 2014

Season 2 Chapter 1 - "Walcz Harry i nigdy nie daj się pokonać."


 ~*~
(dedykacja dla wszystkich czytelników. Udanych wakacji!)


 
   Więzienie było obskurne. W ogóle to cały budynek dawał wrażenie ponurego i nieprzyjaznego, a w środku tak zimnego, że nawet w lecie po plecach przechodziły fale dreszczy. Ciemna farba powoli złuszczała się ze ścian, żarówki dawały nikłe światło, a od metalowych cel bił tak przeraźliwy chłód, że mogło się wydawać, że zaraz szron wymaluje na kwadratowych szybach zawiłe, mroźne wzory.
   Ale w ciągu ostatnich miesięcy ten budynek stał się dla Harry´ego codziennością, czymś, co znał już prawie na pamięć. Nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż czuł się tu niezręcznie, tak jakby w żadnym stopniu nie pasował do tego miejsca i że nigdy nawet nie powinien się tutaj pojawić. Nawet teraz, gdy powoli przemierzał przeraźliwie cichy korytarz, coś ciągnęło go w stronę wyjścia.
   Stanął przed kontuarem z ciemnego drewna, zawalonym stosami papierów i brudnych kubków po kawie, nieśmiało patrząc na siedzącego za nim policjanta. Wszyscy pracujący i przebywający w więzieniu ani trochę nie wydawali się być przyjaźnie nastawieni i ten mężczyzna także nie był wyjątkiem. Łypnął swoim gadzim okiem znad gazety z półnagą kobietą na okładce i od niechcenia zlustrował wzrokiem Harry´ego, nieśmiało bawiącego się materiałem swojej koszulki. 
- Czego? - burknął pod nosem, przejeżdżając palcami po swojej gęstej ciemnej brodzie. W tym momencie Harry wzdrygnął się, słysząc jego mocny głos o wręcz czarnym zabarwieniu, który przywodził mu na myśl jedynie seryjnych morderców z filmów, które oglądał razem z Liamem.
- Ja w odwiedziny. Do Anthony´ego Stylesa - odpowiedział niezbyt pewnie, zagryzając zębami wnętrze policzka. Komisarz zerknął na niego podejrzliwie.
- A ty to...?
- Jestem jego synem - Harry zdobył się na odwagę i w końcu popatrzył prosto w jego oczy. Wydawały się być tak ciemne, jak jeszcze nigdy. Chłopak poraz pierwszy widział, żeby ktoś miał takie tęczówki.
- Korytarzem prosto i do ostatniego pomieszczenia. Zaraz zawołam kogoś, by go tam przyprowadził.
   Powoli podniósł się ze swojego krzesła i Harry´emu aż ślina stanęła w gardle, gdy komisarz okazał się być o ponad głowę wyższy. Chłopakowi wcale nie pomagała również jego postawna sylwetka, pokaźne mięśnie i wytatuowana w całości prawa ręka. Skinął więc jedynie, mamrocząc coś pod nosem i szybkim krokiem udał się na koniec korytarza w nadziei, że już nie spotka komisarza Desmonda Milesa, jak to wyczytał z jego plakietki przypiętej do granatowej koszuli.

   Cisza dłużyła się niemiłosiernie, a złośliwe tykanie zegara wcale nie pomagało. Ile już tutaj siedział? Piętnaście minut? Pół godziny?
   Oparł głowę na zgiętym ramieniu, wpatrując się w puste krzesło naprzeciwko siebie, gdzie już niedługo miał zasiąść jego ojciec. Nerwowo wyłamywał kolejne kostki, modląc się, by te cholerne drzwi w końcu się otworzyły.
   Nie mógł się doczekać, by zobaczyć Anthony´ego. Jego przydługie, opadające na czoło włosy, zielone oczy i ten szczery uśmiech, gdy mogli choć na chwilę otulić się ramionami i zapomnieć o całym otoczeniu. Teraz tęsknota za ojcem była w jego porządku dziennym, bo gdy wcześniej nawet go nie znał, nie odczuwał tego tak mocno, jak teraz.
   Jego matka nigdy nie odwiedziła Anthony´ego. Wiecznie przychodził sam, może czasami zabierał Emmę, gdy ta go o to poprosiła, ale zawsze zostawała na korytarzu, by dać ojcowi i synowi choć trochę prywatności. Anne nie chciała mieć z jego tatą nic wspólnego i Harry nie miał pojęcia dlaczego. Tak wiele razy go okłamała, że już sam nie wiedział, czy cokolwiek w jego życiu było prawdą.
   Drzwi cicho skrzypnęły i serce Harry´ego na nowo zapałało nadzieją.
   Nawet nie pamiętał, kiedy znalazł się przy ojcu, mocno go do siebie przytulając. Nawet nie pamiętał, kiedy policjant opuścił to pomieszczenie i zostawił ich samych. Pamiętał jedynie falę łez, które zdobiły jego policzki długimi ścieżkami.

- Koniec czasu.
Harry jeszcze nigdy tak bardzo się nie smucił, słysząc te słowa. Zazwyczaj były one zbawienne, gdy ratowały go od poniżania, pozwalając nareszcie wracać do domu, ale teraz tylko go przygnębiły. Zaczął przesyłać komisarzowi Milesowi telepatyczne błagania i prośby, ale mężczyzna był nieugięty i nadal przytrzymywał klamkę, by drzwi się nie zamknęły.
- Musisz zmykać, mały - Anthony mocno przycisnął syna do klatki piersiowej, kryjąc twarz w jego kręconych włosach, które tak bardzo przypominały mu fryzurę Anne, w czasie kiedy spotkali się poraz pierwszy. Oh, jak on za nią tęsknił... 
- Dziękuję ci za wszystko. Za drugą szansę, pomimo tego, że ja tak bardzo cię skrzywdziłem. Przepraszam, tak bardzo cię przepraszam.
- Przepraszasz cały czas, tato. Już dawno ci wybaczyłem - wyszeptał Harry, dociskając policzek jeszcze mocniej do koszulki Anthony´ego. Jego serce biło mocno i miarowo, a dotyk był taki kojący, tak bardzo ojcowski, taki troskliwy... Chłopak żałował, że mógł doświadczyć tego wszystkiego, tej bliskości swojego ojca dopiero po szesnastu latach życia. Jego matka nie była zbytnio chętna do okazywania uczuć. Tak rzadko mówiła mu, że go kocha.
- Tak bardzo cię kocham Harry i tak samo mocno mi na tobie zależy - odsunął syna na długość ramion, patrząc mu głęboko w oczy. - Uważaj na siebie, dbaj o mamę i troszcz się o Emmę. I dalej bądź takim wspaniałym chłopakiem, jakim jesteś teraz. Walcz Harry i nigdy nie daj się pokonać. Bądź sobą. Każdy dzień jest twoim własnym dniem i wykorzystaj go jak najlepiej.
   Przytulił go poraz ostatni, delikatnie rozburzył jego włosy i pozwolił mu wyjść razem z komisarzem, patrząc jak jego opalona sylwetka ginie za zatrzaskującymi się drzwiami, a on zostaje sam, czując jedynie mocny ucisk policjanta na ramieniu, który prowadzi go do wyznaczonej celi.

~*~

   Emma czekała na niego przed wejściem do więzienia, siedząc na niskim murku i przeglądając jakąś książkę. Harry zauważył, że to była ta, którą podarował jej ostatnio na urodziny. A przynajmniej okładka zdawała się mu być znajoma.
- Dzięki, że przyszłaś - przywitał się, a ona odwróciła głowę w jego kierunku, uśmiechając się ciepło. Zeskoczyła z murku na żwirek wyścielający ścieżkę i od razu mocno go przytuliła, przy okazji obdarowując jego policzek czułym pocałunkiem. Po chwili zmierzali już razem w stronę budynku Casisdy High School, trzymając się za ręce i cicho rozmawiając.
   Wakacje skończyły się dokładnie tydzień temu, dając początek nowemu rokowi szkolnemu. Przez lato niewiele się zmieniło, oprócz tego, że miłość Harry´ego i Emmy umocniła się jeszcze bardziej, a nastawienie chłopaka do szkoły z pesymistycznego obróciło się w optymistyczne. Jeszcze nigdy nie czuł, że nogi wręcz same zanoszą go w stronę tego gigantycznego budynku. Naprawdę chciał, żeby teraz wszystko stawało się już tylko lepsze.
   Weszli na zatłoczony korytarz, starając się nie zgubić w tym całym tłumie rozwrzeszczanych nastolatków. Pod nogami kręciło się im pełno pierwszaków z nosem przyklejonym do rozkładów zajęć, którzy co chwilę potykali się o własne stopy, pod ścianą z pucharami jak zwykle urzędowała cała drużyna koszykarska, patrząc z pogardą na innych, a cheerleaderki malowały paznokcie na jednej z ławek przed klasą historyczną.
   „Wszystko tak, jak zawsze” westchnął Harry, zauważając te różnice w podziale uczniowskim. Dlaczego nigdy wszyscy nie mogli być równi?
   Jak na potwierdzenie swoich myśli usłyszał hałas ciała uderzającego o szafkę. Szybko odwrócił się w tył i ślina stanęła mu w gardle, gdy ujrzał scenę rozgrywającą się tuż przed jego oczami.
   Darren upadł z hukiem na ziemię, a z jego nosa ciurkiem sączyła się krew. Okulary z czarną oprawką leżały rozgniecione na ziemi, deptane coraz bardziej przez kolejnych uczniów, którzy po nich przechodzili.Oczy jego przyjaciela były napełnione wszystkimi emocjami naraz. Bezgraniczny ból, niezmierzone cierpienie, nieskończony smutek, przytłoczenie, żal, czysta rozpacz zawarte w małej obwódce niebieskiej tęczówki. Wszystko takie prawdziwe i uderzające jak gwałtowny cios w brzuch. Harry´emu naprawdę skręcał się żołądek, gdy przez chwilę mógł wyczytać z twarzy Darrena to co czuł brunet w tym momencie. I miał ochotę płakać widząc, że nikt nawet nie wykazuje chęci, by mu pomóc.
   Harry zaczął się przeciskać przez tłum, chcąc dotrzeć do centrum całego zdarzenia. Nie mógł zostawić przyjaciela w potrzebie. Przyjaciela, który tak wiele razy podniósł go z ziemi po upadku. I nie obchodziło go to, że zrobi coś, czego inni nie zaakceptują, mając ubaw po pachy ze znęcania się nad słabszymi. Szczerze, to te całe ich opinie na jego temat miał teraz głęboko gdzieś.
   Odepchnął ostatniego chłopaka, który śmiał się, robiąc zdjęcia i cisnął jego telefonem o ścianę. Szybka rozbiła się w drobny mak, zaścielając podłogę przeźroczystymi odłamkami.
   Zapanowała cisza. Nikt nie spodziewał się takiego wybuchu po Harry´m, który był przecież tylko szarą myszką. Nigdy nie odważył się sprzeciwić, zawsze poddawał się woli innych. Ale słowa jego ojca, które usłyszał dzisiaj w więziennej celi, zapałały żywym ogniem w jego sercu, dając mu do myślenia. Już nie zamierzał stać z założonymi rękami.
   Napotkał w tłumie przerażone spojrzenie Emmy, by po chwili natknąć się na drwiące z niego czekoladowe tęczówki.
- Kto śmiał mi przeszkodzić w mojej zabawie? - warknął uczeń stojący przed nim, którego Harry widział poraz pierwszy w życiu.
Był wysoki, postawny. Włosy miał ciemne, ułożone do góry, wargi wygięte w kpiarskim uśmiechu. Jego rękę zdobiło parę czarnych tatuaży, odsłoniętych przed zwiewną białą koszulkę i Harry byłby kłamcą, gdyby nie nazwał go niebezpieczeństwem. Ten chłopak był czystą i chodzącą definicją tego słowa.
   Po chwili niezmąconej ciszy na korytarzu, mocne szarpnięcie za koszulkę, uniosło Harry´ego do góry. Nieznajomy chłopak przyparł bruneta do szafki. A właściwie prawie go w nią wbił, wydzierając mu te resztki powietrza, które zdołały przedostać się do płuc. Jego plecy zmierzyły się z twardą strukturą. Przez siłę uderzenia kręgosłup automatycznie się wygiął i naparł na żebra, które sponiewierane sprzeciwiły się kolejnemu ciosowi, powodując nieznośny ból. Harry walczył o oddech z własnym ciałem.
- Nigdy nie waż się mi przerywać - wysyczał prosto w twarz Stylesa - Ja tu rządzę, ja tu jestem królem i ten budynek należy do mnie, gówniarzu. Jeden zły ruch, a tak pokiereszuję twoje ciało, że do końca życia nie ruszysz się ze szpitala, jasne? Jesteś nic nie warty, jesteś zerem, niczym. Tak jak ta cała paczka kujonów. Zapamiętaj to sobie. Nazywam się Tyler O´Brian i od dzisiaj będę twoim największym koszmarem.
   Po tych słowach rzucił Harry´m, jak psem, o ziemię. Brunet upadł na twarz, zdzierając policzek. Nic nie mogło zamortyzować jego spotkania z twardą podłogą. Oczy Harry´ego powoli ponownie przyzwyczajały się do światła. Miał przed nimi niemałe mroczki.
   Tyler zamachnął się, żeby go uderzyć. Harry chciał się podnieść, by go powstrzymać. Próbował podciągnąć się na trzęsących się nogach, jednak przyniosło to tylko więcej bólu. Głowa uderzyła ponownie o ziemię, gdyż nie miał siły, by ją utrzymać.
   Gdy otrzymał już ostatniego kopniaka, po korytarzu rozniósł się dzwonek. Wszyscy zaczęli się rozchodzić. Jedynie Emma, Richard i Ed podbiegli do Harry´ego i Darrena, by pomóc im wstać i zaprowadzić do pielęgniarki.
   Przez całą drogę do gabinetu w oczach Harry´ego stały łzy. Nie wiedział, czym zawinił, że jest tak krzywdzony przez życie. Dlaczego właśnie on musi żyć w piekle. Delikatne pocałunki Emmy na jego twarzy i jej czułe słowa, ani na chwilę nie odpędzały od niego bólu. Potrafił jedynie myśleć o tym, że kolejny koszmar znowu się zaczyna. I że całe jego życie jest koszmarem. Nie wiedział, że istnieje ktoś, kto ma tysiąc razy gorzej od niego. I że swoje cierpienie musi przeżywać w samotności.

~*~

   Siedział na dachu starego budynku, patrząc pustym wzrokiem przed siebie, gdy zimny wiatr powoli rozwiewał mu włosy. Sprana czarna koszulka luźno wisiała na jego bladej skórze, odsłaniając wystające obojczyki i dużego fioletowego siniaka, który „przyozdobił” jego skórę wczoraj wieczorem.
   Zerknął kątem oka na pustą butelkę po piwie, którą trzymał w ręce i po paru obrotach ciemnego szkła między palcami, cisnął nią daleko przed siebie, patrząc jak rozbija się o ścianę peronu.
   Lubił przysiadywać sobie koło starej stacji kolejowej i podziwiać metalowe tory, ginące gdzieś za horyzontem. Tu zawsze panowali jego najlepsi przyjaciele: cisza i spokój. Tu nikt nigdy nie podniósł na niego głosu i nigdy nie uderzył. A mała lampka co wieczór migała do niego wesoło, gdy wymykał się z domu, żeby przenocować blisko swojego peronu.
   Od pewnego czasu przychodził tu jednak z innego powodu. Zapatrzony w przejeżdżające tuż pod nim pociągi, zaczął myśleć, jak by to było położyć się pod takim kolosem i już nigdy nie wstać. Bo w końcu i tak nikomu nie był już potrzebny.
   Zaliczał się tych, o których nie myśli już nikt. Co mieli zrobić Ci, którzy już na starcie byli przegrani? Dokąd mieli pójść samotni? Z kim porozmawiać szeptem, gdy puste cztery ściany, tak bardzo uwierały w ciszy? Komu powiedzieć 'kocham', gdy nie miało się nikogo? Jak wstać i walczyć, jeśli nie wierzy się w siebie? On nie miał już nikogo. Nawet Javaad go zostawił, opierając się na wymówce, że jedzie za granicę by tylko zarobić pieniądze na siebie i na brata. Tak naprawdę wyjechał, by pozbyć się ciężaru, jakim ciągle była opieka nad Zaynem. I Malik doskonale o tym wiedział.
   Zayn podniósł się na nogi, podciągając za duże spodnie wyżej. Podszedł do krawędzi dachu, oddając się w pełni lodowatym porywom, smagającym jego twarz, po której płynęły łzy.
   Przecież gdy odejdzie, to wszystko stanie się lepsze. Podobno po śmierci nie ma już bólu, nie ma tęsknoty, cierpienia i upokorzenia. Nikt nie będzie za nim tęsknił, nikt nie będzie go wspominał.

"Czy wszystko pozostanie tak samo, kiedy mnie już nie będzie? Czy książki odwykną od dotyku moich rąk, czy ubrania zapomną o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić o mnie, będą dziwić się mojemu zniknięciu – zapomną. Nie łudźmy się, ludzie pogrzebią nas w pamięci tak szybko, jak odeszliśmy. "

   Wystawił jedną nogę do przodu, wciąż jednak utrzymując równowagę. Z oddali już słyszał turkot kół nadjeżdżającego pociągu. Wystarczyło jedynie się odepchnąć, by spaść do lepszej rzeczywistości. To przecież nic nie kosztowało. Jeden maleńki krok.
   Już było tak blisko końca, gdy nagle przed oczami stanęły mu tęczówki błękitne jak niebo, włosy złociste jak piasek, wargi zaróżowione jak płatki róż. Stanął przed nimi Niall, zapłakany, obarczony poczuciem winy, że nie zdołał powstrzymać Zayna od skoku. Że tak łatwo pozwolił mu odejść. Że nawet nie zdążył się pożegnać.
   Gwałtownie cofnął się do tyłu, gdy pod jego nogami przejechał rozpędzony pociąg. Minął opustoszały peron i po chwili zniknął za drzewami tak szybko, jak się pojawił.
    I wtedy Zayn uświadomił sobie, że musi pozostać silny. Silny dla Nialla, który był dla niego już ostatnią deską ratunku.


OD AUTORKI: Rozdział pojawia się z tygodniowym opóźnieniem, bo szczerze, po cichutku liczyłam na to, że pod prologiem pojawi się więcej komentarzy. Cóż, mówi się trudno.
Swoje opinie zostawiajcie pod rozdziałem ;)
Liczę na Was <3
Camille x
PS. Zaktualizowana zakładka BOHATEROWIE.

wtorek, 22 lipca 2014

Season 2 - Prologue

 ~*~

  Leżał na miękkiej zielonej trawie, wpatrując się w migoczące punkciki gwiazd na niebie. Każda z nich wydawała mu się być tak daleka, a jednocześnie tak bliska. Wyłapał wzrokiem jedną, która otoczona była wianuszkiem innych mniejszych gwiazdek i uśmiechnął się, bo przypominała mu jego.
   On też miał wokół siebie tylu wspaniałych ludzi, na których zawsze mógł liczyć. Emma, mama, tata, Liam, Nevil, Izabella, Patrick czy choćby Felix. Nawet Lucas stał się kimś bliskim, pomimo tej całej krzywdy, którą wyrządził mu w ciągu ostatnich lat.
    Przez myśl przemknęło mu, że teraz jego życie jest idealne, bo czego mógł chcieć więcej? Miał wszystko, co było mu potrzebne, reszta pozostawała zbędna.
    Doświadczył naprawdę wiele, ale to tylko w jakiś sposób go umocniło i
uodporniło. Nie wiedział, co jeszcze go czeka, ale jak na razie spodziewał się spokojnego, nowego roku szkolnego.
    Zniknęły gdzieś jego dawne lęki, które towarzyszyły mu przed każdym pierwszym września. Wizja bycia wrzuconym do śmietnika lub zamkniętym w schowku na miotły już go nie przerażała. Życie szkolne nareszcie miało być takim, jakim zawsze chciał by było. W końcu będzie mógł spokojnie przejść przez korytarz, nie narażając się na popchnięcie na szafki, bez trudu zjeść w stołówce, nie zostając wepchniętym głową w tackę z jedzeniem, bez przeszkód usiąść w klasie i nie otrzymywać całej masy złośliwych przezwisk i obelg w swoim kierunku czy bez obaw stanąć przy tablicy, nie obrywając przy okazji stertą papierowych kulek.
   To wszystko wydawało się tak piękne, że aż nierealne. Miał jednak nadzieję, że okaże się prawdziwe.
   Zerknął z powrotem na niebo i zauważył, że obok skupiska jego gwiazdy, zaniknęła jedna pomniejsza gwiazdka. Zmarszczył brwi zdziwiony, nie wiedząc, czy to miał być jakiś znak, czy może nic nie znaczący symbol. Bo przecież gwiazdy nie istnieją wiecznie, prawda?
   Wzruszył ramionami, jakby chcąc odgonić od siebie złe myśli, ale te jak na złość nie chciały opuścić jego umysłu. Spiorunował się w duchu za tak pesymistyczne przemyślenia i ułożył wygodniej na źdźbłach trasy, patrząc na księżyc w pełni. Ukojony jego delikatnym blaskiem i srebrzystością jasnych promieni, powoli oddał się w ręce snu, wędrując do krainy, gdzie wszystko było szczęśliwe.

OD AUTORKI: Tak więc pełną parą zaczynamy drugi sezon ^^ Wiem, że ten prolog jest straszny, ale jeszcze w tym tygodniu pojawi się pierwszy rozdział, nad którym siedziałam naprawdę długo. To do zobaczenia najprawdopodobniej w piątek ;) Camille x 

Libster Award ----> http://beauty-and-the-geek-1d.blogspot.com/p/libster-award.html

czwartek, 17 lipca 2014

Kochani!

Nie wiem czy wiecie, ale kiedyś wspomniałam, że rozdziały na BaTG piszę w notatkach na telefonie. Wiem też, że prolog miał być dodany w tym tygodniu. Wystąpiły jednak pewne komplikacje. Moja wspaniałomyślna siostra zblokowała mi telefon i nie wiem kiedy uda mi się go odblokować. Nie martwcie się. Prolog i pierwszy rozdział już są gotowe i jeśli tylko odzyskam telefon, zamieszczę je na blogu.
O ile ktoś jeszcze czeka na rozdziały...
Pozdrawiam was gorąco i życzę udanych wakacji.

Camille x

sobota, 5 lipca 2014

Witajcie ponownie!

Chciałabym was powiadomić, że zaczęłam poważne prace nad drugim sezonem BaTG, także do zobaczenia już niedługo! <3

środa, 11 czerwca 2014

Rozdział 16 - "Zakończenie roku"


 ~*~
(Dla tych, którzy dotrwali do końca)


Dwa miesiące później...


- Mam nadzieję, że przyszły rok będzie równie owocny jak ten teraźniejszy, że z wakacji wrócicie wypoczęci oraz pełni zapału i pozytywnej energii, by zacząć na nowo zgłębiać tajniki wiedzy i działać nauczycielom na nerwy. Chcę byście tylko wiedzieli, że jestem dumny z tego, że dane jest mi prowadzić Casisdy High School i wychowywać tak wspaniałych uczniów jak wy. Dziękuję wam za kolejny pracowity rok z waszym udziałem. Wesołych wakacji!
   Na tą przemowę czekało całe Casisdy High School. To był ten dzień. Dzień Wolności. Dzień końca nauki. Dzień ostatniego dzwonka na korytarzu. Pierwszy dzień wakacji.
   Uczniowie ostatniej klasy wyrzucili w górę swoje czapki, dyskretnie ocierając łzy wzruszenia. Przeżyli w tej szkole tyle lat, że tak trudno było się z nią pożegnać. Ściskali w dłoniach ozdobne ruloniki dyplomów, które dopiero co wręczył im dyrektor, i przygotowywali się na nowy, być może lepszy, start.
   Emma zauważyła w tłumie czerwonych tog znajomą czuprynę Lucasa. Stał obok Abigail i uśmiechał się szeroko. Emma też się uśmiechnęła widząc, jaki jest szczęśliwy. W końcu dostał się do jednej z najlepszych drużyn koszykarskich w Ameryce i otrzymał wspaniałe sportowe stypendium. Dziewczyna była też z niego w pewien sposób dumna. Lucas przez te wszystkie lata był znany nie tylko jako kapitan szkolnej drużyny, ale także jako dręczyciel słabszych, biedniejszych i kujonów. Wszyscy się go bali, nikt nie odważył mu się postawić i nakłonić do lepszego zachowania.
   Emma doskonale pamiętała te wszystkie siniaki na ciele Harry´ego, o których jej chłopak nie chciał rozmawiać. Tłumaczył się upadkiem ze schodów lub spadnięciem z deskorolki, ale ona wiedziała, jak jest naprawdę. Bo przecież sama na początku należała do szkolnej elity i doskonale znała Lucasa oraz to, co robi innym uczniom.
   Na szczęście wszystko się zmieniło, gdy Harry trafił do szpitala po postrzale. Lucas wydawał się być wtedy potulną owieczką, a nie zajadłym wilkiem. W jego oczach widać było skruchę. I nawet jeśli za pierwszym razem nie przeprosił Harry´ego, to przypuszczenia Emmy się sprawdziły.
   Wrócił około tygodnia później. Tym razem jednak nie wahał się, czy przejść przez próg czy nie. Podszedł do szpitalnego łóżka i tak po prostu zaczął płakać. I wtedy Emma dostrzegła w nim ogromną przemianę. Stał się nowym lepszym człowiekiem.
   Teraz dziewczyna zaczęła powoli iść w jego stronę. Zauważył ją zanim zdążyła powiedzieć tradycyjne „cześć” i pomachał do niej z miejsca, w którym stał.
- Wielkie gratulacje - powiedziała, delikatnie go przytulając. - Dostałeś się do swojej szkoły marzeń.
Lucas tylko się uśmiechnął, ukazując swoje białe zęby.
   Przez te dwa ostatnie miesiące bardzo się ze sobą zżyli. Gdyby dwa miesiące temu ktoś powiedział Emmie, że będzie się przyjaźnić z Bartneyem, pewnie głośno by go wyśmiała, ale po upływie tego czasu okazało się, że nie można oceniać ludzi po okładce. Bo może ich warstwa zewnętrzna jest brzydka i pomarszczona, ale w środku bije złote serce.
- Ja skończyłem szkołę, a przed tobą jeszcze sporo nauki - powiedział Lucas, trącając ją lekko w ramię. - Przypilnuj nowych zawodników naszej drużyny, ok? Nie mogą przynieść nam wstydu po tym, jak w tym roku bezapelacyjnie wygraliśmy mistrzostwa.
- Miejmy nadzieję, że i oni wybiorą tak znakomitego kapitana, jakim byłeś ty.
- Weź nie przesadzaj - na jego twarzy zakwitł rumieniec. Zdecydowanie stał się teraz bardziej skromny. - Kapitan jak każdy inny.
- Cóż, według mnie byłeś jedyny w swoim rodzaju.
- Lucas! Chodź wreszcie! - po zielonej trawie biegł Louis. Jego rozwianą czuprynę można było zauważyć już z kilku kilometrów. - Trener woła nas do siebie. No wiesz, taki mały ostatni mecz, zanim już na zawsze opuścimy Casisdy High School.
- To ja się będę zbierał - westchnął Lucas, dając się pociągnąć najlepszemu przyjacielowi za rękę w stronę hali sportowej. - Pozdrów ode mnie Harry´ego! - krzyknął jeszcze na odchodne, zanim nie zniknął za drzwiami prowadzącymi do szatni zawodników.
   Emma pomachała ostatni raz w jego stronę i postanowiła już wracać. Większość uczniów wsiadła już do szkolnego autokaru, bądź dzwoniła do swoich rodziców, ale ona postanowiła się przejść. Zresztą do domu Harry´ego nie miała tak daleko.
   Przechodząc przez ulicę pomachała jeszcze Izabelli i Felixowi, którzy wsiadali do auta Patricka i na migi pokazała, że zadzwoni później. Jej najlepsza przyjaciółka już jutro wyjeżdżała na wakacje, więc musiały omówić jeszcze kilka ważnych spraw.
   Emma po dziesięciominutowym marszu w końcu skręciła na Sun Street. Szybkimi susami pokonała trasę do domku numer 16 i stanęła przed drzwiami, naciskając guzik dzwonka.
   Miętosiła w palcach materiał swojej ciemnej spódniczki patrząc, jak po niebie powoli przesuwają się pierzaste chmurki. Słońce delikatnie otulało jej twarz złocistymi promieniami i naprawdę mogła poczuć tą całą atmosferę wakacji.
Drzwi otworzyły się gwałtownie, wyrywając Emmę z transu.
- Dzień dobry, pani Styles - przywitała się miło, mijając kobietę w progu. - Czy mogłabym zobaczyć się z Harry´m?
- Jak najbardziej. Siedzi w salonie - uśmiechnęła się Anne, ściągając z dłoni kuchenne rękawice. - Przynieść wam coś do picia?
- Nie, ale dziękuję - odparła Emma i pognała korytarzem w stronę salonu. Dopiero teraz poczuła jak bardzo tęskniła za swoim chłopakiem.
   Po długim pobycie w szpitalu teraz odpoczywał w domu, dlatego też nie było go na zakończeniu szkoły. Na szczęście Emma była na tyle dobra, że zabrała ze sobą również dyplom Harry´ego.
   Zauważyła go siedzącego na kanapie i zawiniętego w granatowy koc, kiedy popijał sok pomarańczowy, oglądając jakiś serial w telewizji. Jego zielone tęczówki sprawnie śledziły akcję na ekranie, więc nawet nie zauważył momentu, w którym Emma stanęła za nim i zakryła mu oczy dłońmi.
- Mamo - jęknął Harry. - Ile razy mam ci powtarzać, żebyś się tak ze mną nie bawiła. I tak zawsze będę wiedział, że to ty.
- Na pewno? - na twarzy chłopaka pojawił się szeroki uśmiech, gdy rozpoznał głos swojej dziewczyny.
   Brunetka zaśmiała się i szybko cmoknęła go w usta, gdy tylko delikatnie odchylił głowę do tyłu. Harry mruknął coś pod nosem i przyciągnął jej twarz z powrotem do swojej, ponownie napierając na jej wargi. Pocałunki były czułe, delikatne, ale jednak przepełnione wzajemną miłością i to właśnie takie Emma lubiła najbardziej. Ich wargi sprawnie się o siebie ocierały, później dołączyły także języki i dziewczyna poczuła jak powoli robi jej się gorąco. Dlaczego Harry tak na nią działał?
   Gdy tylko się od siebie oderwali usiadła po drugiej stronie kanapy patrząc, jak Styles lustruje ją wzrokiem. Zarumieniła się lekko i już chciała zakryć twarz dłońmi, ale Harry stanowczo jej przerwał.
- Daj mi się na ciebie napatrzyć - mruknął cicho, opierając się plecami o miękki materiał.
   Wyglądała tak pięknie. Światło wpadające przez okno znaczyło złote refleksy na jej włosach, oczy świeciły się niczym małe diamenciki, pełne, różowe usta rozciągnęły się w uśmiechu, a cała twarz Emmy zdawała się być rozjaśniona. Nie wiedział jak ubrać w słowa to silne uczucie, którym ją darzył.
- Jesteś taka ładna - wyszeptał, zatrzymując wzrok na jej wargach.
Emma powoli przysunęła się do przodu i wtedy Harry gwałtownie rzucił się na nią, wpijając się w jej usta.
Opadli razem na poduszki leżące na kanapie, a dziewczyna przyciągnęła jego twarz jeszcze bliżej, owijając sobie czekoladowe sprężynki wokół palca. Wydawało jej się, że w pokoju zrobiło się goręcej. Każdy dotyk dłoni Harry´ego sprawiał wrażenie, jakby parzył jej skórę. Czuła jak jego mięśnie pracują, gdy obdarowywali się coraz to bardziej namiętnymi pocałunkami. Zawirowało jej w głowie od tych wszystkich nowych doznań. A dłonie Harry´ego błądzące i kreślące kółka pod materiałem jej bluzki tylko dolewały oliwy do ognia.
- Harry? - spytała po chwili, odrywając się od jego pełnych ust.
- Hmm? - wymruczał cicho, błądząc nosem po jej miękkich włosach i splatając ich palce razem. Położył się obok niej, obejmując jej szczupłe ciało ramieniem i wpatrywał się w jej roześmiane czekoladowe oczy.
- Myślisz, że teraz będzie już dobrze? - dodała, głaszcząc delikatnie jego rozgrzany policzek. Uśmiechnął się na tą pieszczotę i musnął jej usta.
- Mam taką nadzieję - przyznał. - W końcu wszystko się już wyjaśniło i nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo.
- Sprawca został złapany. Szkoda tylko, że był nim...
- Mój ojciec - dokończył za nią chłopak. - Tak, wiem. Ale zdążyłem się już z tym pogodzić. Dostał dwadzieścia pięć lat do odsiadki, co nie znaczy, że nie mogę go odwiedzać. Kocham go. Mimo tego wszystkiego co zrobił, wciąż będzie moim ojcem. Odnalezionym po szesnastu latach nieobecności w moim życiu, ale jednak. Czasami, gdy u niego byłem, wyobrażałem sobie, że nie znajdujemy się w więzieniu, ale siedzimy razem na kanapie oglądając jakiś mecz i kłócąc się, która drużyna wygra. I to naprawdę miłe uczucie, kiedy czujesz, że nareszcie masz TATĘ.
   Emma uśmiechnęła się lekko, układając głowę na jego odkrytej klatce piersiowej i wsłuchując się w rytm jego serca, które biło tylko dla niej. Lubiła te momenty, w których mogli milczeć i jednocześnie rozumieć się bez słów. Wyrazy były dla nich zbędne. Wystarczyła sama obecność, a każdy dotyk był jak most przez nieodgadnione oceany ukrytych myśli aż do duszy drugiej osoby.
- Zaczynamy nowe życie - stwierdził Harry, kreśląc jakieś bliżej nieokreślone wzorki na ramieniu Emmy. - Następna klasa. Brak tych, którzy znęcali się nad tobą przez ostatnie kilka lat, bo byłeś inny. I ta nadzieja, że to, co złe już odeszło i nie wróci. Bo w końcu mam ciebie. Wkroczyłaś do mojego świata tak nagle, ale zmieniłaś go na lepsze. Nie wyobrażam go sobie teraz bez ciebie. Znalazłaś w nim stałe miejsce, i choć to dziwnie zabrzmi, to jednak czuję, że to właśnie z tobą chcę spędzić resztę życia. Bo nie umiałbym pokochać kogoś innego równie mocno, jak ciebie. Kocham cię Emma i obiecuję, że już nic i nigdy nas nie rozdzieli.
Zapieczętował swoją obietnicę pocałunkiem i ona już wiedziała, że zostanie z nim na zawsze. 
Harry nie był komikiem, ale zawsze rozśmieszał ją do łez, nawet wtedy, kiedy było naprawdę źle.
Nie był strażakiem, ale ratował jej życie.
Nie był lekarzem, ale sprawiał że ból znikał.
Nie należał do fundacji charytatywnej, ale dawał innym wszystko co tylko miał.
Nie był świętym, ale jego serce było czyste jak złoto.
Był jej, a ona jego. Ich miłość mogła przenosić góry i wznosić się na najwyższe wyżyny. To uczucie, które zrodziło się między nimi podczas balu wiosennego, które pieczołowicie pielęgnowali w swoich sercach, teraz osiągnęło punkt kulminacyjny. 
I tylko to się dla nich liczyło. 
To, że mieli siebie.

 KONIEC SEZONU PIERWSZEGO



OD AUTORKI: Cóż, postanowiłam podzielić to opowiadanie na sezony. Dzisiaj otrzymujecie zakończenie tego pierwszego, a czy ruszę z drugim, to już zależy od was. Mam nadzieję, że ktokolwiek będzie chciał jeszcze czytać BaTG, jeżeli nie, to na tym rozdziale poprzestanę, a jeśli chodzi o Nialla i Juliet czy Zayna, to dopiszę dodatki, które pokażą, jak zakończyła się ich historia.
Czekam na wasze opinie w komentarzach, wystarczy mi zwykła kropka. Pokażcie, ile was jest! 

!UWAGA!
JEŻELI MACIE JAKIEŚ POMYSŁY NA DODATEK, CZYLI KRÓTKĄ HISTORIĘ, ZUPEŁNIE ODBIEGAJĄCĄ OD FABUŁY BaTG, TO WASZE PROPOZYCJE UMIESZCZAJCIE W KOMENTARZACH.