czwartek, 31 października 2013

Proszę Was o pomoc xx

Hej! Jak pewnie wiecie w niektórych szkołach organizowany jest projekt Szkoła z klasą 2.0. Dlatego ja, Kasia Papież i Izabela Oskwarek utworzyłyśmy specjalnego bloga, który znajdziecie tutaj http://blogiceo.nq.pl/modahistoria/ . Prosimy Was o pomoc! Lajkujcie naszą stronę, udostępniajcie na Twitterze, Asku.fm czy choćby Tumblrze, a gdy pojawia się posty żywo komentujcie! Rozgłaszajcie go też wśród znajomych! Potrzebny nam każdy z Was, byśmy na koniec semestru mogły zdobyć Pierwszą Odznakę! Gorąco zapraszamy xx


Od Camille: To dla mnie naprawdę ważne. Mam nadzieję, że mi w tym pomożecie. Kocham Was xx

niedziela, 27 października 2013

Rozdział 6 - "Może to jego bliźniak?"



~*~
(dedykacja dla R.) 



   Emma powoli układała wszystkie książki w swojej szkolnej szafce z dokładnością liter alfabetu. W ręce zostawiła jedynie zeszyt do historii i gazetkę do przeczytania na wolnej od nauki przerwie. Zatrzasnęła metalowe drzwiczki i ugryzła ostatni kęs słodkiego rogalika z nadzieniem kakaowym, wyrzucając do kosza puste opakowanie. Usiadła na jednej z ławek i otworzyła zeszyt ze szczerzącym się kotem na okładce, by powtórzyć trzy ostatnie lekcje. Dziś miała mieć kartkówkę z bieżącego (trzeba dodać trudnego) materiału, a nie zdążyła pouczyć się z tego przedmiotu w domu, ponieważ coś zupełnie innego zaprzątało jej myśli przez cały weekend. A mówiąc coś zupełnie innego, mam na myśli bal wiosenny, a jeszcze dokładniej sukienkę na ten właśnie bal. 
Czy ma być ona krótka czy długa? 
Obcisła czy rozkloszowana? 
Ciemna czy jasna? 
Świecąca czy matowa? 
Tyle opcji do wyboru... Już od samego myślenia zaczynała boleć ją głowa.
- Czego się uczysz?
Zupełnie niespodziewanie dosiadła się do niej Izabella świecąc tym swoim olśniewającym, białym uśmiechem na prawo i lewo. Blondynka wyciągnęła ze swojej torby małe podręczne lusterko i zaczęła się w nim przeglądać, poprawiając ułożenie swoich włosów. Emma wywróciła młynka oczami głośno wzdychając. 
- Ty się nigdy nie zmienisz, prawda?
Abbey przestała wykonywać wcześniejszą czynność i wlepiła swoje władcze spojrzenie w brunetkę.
- Jeśli masz na myśli to, jaka jestem ładna, to masz rację. Pod tym względem nigdy się nie zmienię - cmoknęła w stronę byłej przyjaciółki. Emma założyła nogę ma nogę i zamknęła zeszyt.
- Nie - zaczęła - Nie o wygląd zewnętrzny mi chodziło. Chodziło mi o twoją psychikę. Chciałabym, żebyś...
- Chcieć to zawsze możesz, ale raczej nie teraz - przerwała jej w pół zdania rozentuzjazmowana Izabella, odkręcając butelkę wody mineralnej - Lepiej pogadajmy o balu wiosennym. Masz już partnera? Kogo zaprosiłaś?

„Takiej to nigdy nie przegadasz...”

- Idę z Harry´m. 
Izabella wypluła całą wodę przed siebie i szybko otarła usta, gdy jakiś chłopak na korytarzu zaczął się śmiać.
- Tylko mi nie mów, że z TYM Harry´m - wzięła kolejny łyk do ust.
- Zaprosiłam Harry´ego Stylesa.
Przeźroczysta ciecz poraz kolejny wylądowała na swetrze i jeansach blondynki. Zażenowana dziewczyna czym prędzej wyciągnęła z torby chusteczki i zaczęła wycierać mokre ubranie mrucząc coś niewyraźnie pod nosem. Zużyte papierki wrzuciła do kosza, przy okazji całkiem „niechcący” stawając na stopie chłopaka, który ciągle rechotał stojąc w kącie. Wróciła z powrotem na drewnianą ławkę.
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedziała kręcąc z niedowierzaniem głową - Ty idziesz z tym kujonem na najważniejszy bal w Casisdy High School? Rozumiesz, że stracisz na tym w oczach wszystkich uczniów naszej szkoły?
- Dlaczego miałabym cokolwiek tracić? - obruszyła się Emma - Kujon, czy nie kujon. Ja jakoś nie widzę w tym żadnej różnicy - wzruszyła ramionami ponownie otwierając zeszyt.
- Harry jest... - uśmiechnęła się, przywołując sobie jego obraz w wyobraźni - Wyjątkowy. Nigdy nie spotkałam kogoś tak... - zawiesiła się na moment, zamykając oczy - tak otwartego, miłego, pomocnego, dobrego, inteligentnego...
- Brzydkiego, o kompletnym braku gustu, z fatalnym wyczuciem stylu... - wtrąciła się Izabella, oglądając swoje różnokolorowe paznokcie.
- Kogoś tak niezwykłego - dokończyła Emma z wyrzutem patrząc na koleżankę - Iza. Ja nie chcę się z tobą kłócić, naprawdę - chwyciła jej dłonie w swoje - Przeżyłyśmy razem tyle wspaniałych chwil, że aż nie sposób je policzyć. Nie chcę tego tak po prostu stracić, wiesz? Nie wiem ja dla ciebie, ale ty jesteś dla mnie jedną z najważniejszych osób i po prostu... - urwała na chwilę, nie wiedząc co powiedzieć - Możemy znowu być przyjaciółkami? - popatrzyła w oczy blondynki z wyczekiwaniem.
- Tttak... - Izabella miała łzy w oczach, gdy zamknęły się w czułym uścisku.
    Na słowa Emmy serce Abbey dogłębnie się poruszyło. Już od tak dawna nikt nie pokazał jej, że się o nią martwi, że w jakikolwiek sposób się o nią troszczy. Jej stwardniałe serce rozkruszyło się w pewnym maleńkim stopniu, ale czy sama dziewczyna jakoś się zmieniła?


 „Czas pokaże...”


~*~


   Zimny wiosenny wiatr kołysał wysokimi drzewami, na których zaczęły pojawiać się już pierwsze zielone liście. Ptaki radośnie śpiewały, zwiastując rychłe nadejście kwietnia, a już tylko gdzieniegdzie można było zobaczyć pozostałości po zimowym śniegu.
   Buty Harry´ego zgniatały źdźbła trawy, które akurat dostały się pod ich podeszwy. Ich właściciel schował ręce głęboko w kieszenie cienkiego płaszcza i podciągnął plecak, który zsunął mu się z ramienia. Pociągnął nosem, chcąc pozbyć się złośliwego kataru i przyśpieszył kroku, chcąc szybciej dostać się do domu. Przechodził przez park i patrzył na wesoło biegające po drzewach wiewiórki. Ich rude ogonki powiewały na wietrze, gdy zbierały w swoje malutkie łapki orzeszki i zanosiły je do kryjówek. 
Nagle Harry zamarł, słysząc tak dobrze znany mu głos.
- Kujonku, wybierasz się gdzieś?
Swobodnie oparta o drzewo stała Izabella z uwagą patrząc na niego i lustrując go od góry do dołu. Harry spuścił głowę, chcąc się oddalić.
- Nie tak szybko! - krzyknęła blondynka mocno łapiąc go za przedramię - Jeszcze nie skończyłam mówić!
Styles stanął z nią twarzą w twarz, nie uginając się nawet pod jednym z jej najodważniejszych spojrzeń.
- Wiesz co ci powiem? - powiedział z wyraźną drwiną w głosie - Na wszelkie sposoby starałem się cię polubić. Wmawiałem sobie, że gdzieś tam za tą grubą warstwą makijażu jest ta druga strona Izabelli. Współczująca i dobra dla innych, a nie opryskliwa i oceniająca innych po tym, jak dużo kasy ma w kieszeni. I wiesz co? Myliłem się - prychnął - Myliłem się co do wszystkiego. Jesteś tylko zwykłą szmatą, która rani wszystkich dookoła i dba tylko o swój własny tyłek. Samolubna i egocentryczna lalunia z pieniędzmi pod poduszką i otaczającymi ją dryblasami. Nawet nie wiesz, jak wielu ludzi cię nienawidzi. A ja stuprocentowo się do nich zaliczam.
    Grymas wściekłości wymalował się na twarzy Izabelli, zanim z całej siły uderzyła go w policzek. Harry złapał się za bolący, czerwony ślad.
- Więc to otrzymują od ciebie ci, którzy mówią o tobie prawdę? Ból?
- Za wiele! Powiedziałeś za wiele!
Jej wrzask rozniósł się po całym parku. Zza drzew wyłonił się Lucas i jego dwie góry mięsa. Ten pierwszy mocno chwycił Harry´ego za płaszcz i uniósł go do góry tak, że jego nogi zawisły w powietrzu. Przez chwilę patrzył mu w oczy, mając na twarzy ironiczny uśmieszek, a potem z całej siły uderzył go w podbródek. Oczy Stylesa zaszły mgłą, gdy uderzył plecami o twardą ziemię. Zaraz potem otrzymał parę solidnych kopniaków w brzuch i zakrztusił się własną krwią. Pierwsze łzy napłynęły do jego oczu.
- Nieładnie Hazzy - zaśmiał się Lucas, poraz kolejny uderzając w jego kruche ciało - Zadzierasz z nią, zadzierasz i z nami.
Harry skulił się, by nie mogli już kopnąć go w brzuch. Bolały go wszystkie kości i błagał, żeby te dryblasy przestały się już nad nim znęcać. 
   Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki na horyzoncie pojawiła się pokaźnych rozmiarów sylwetka strażnika miejskiego. Przegonił on Lucasa grożąc mu drewnianą, twardą pałką i zakładem karnym. Mężczyzna podszedł do leżącego na ziemi Harry´ego i pomógł mu się podnieść. Chłopak podziękował ocierając usta z krwi i otrzepując zabrudzony płaszcz. Wziął z trawy upuszczony wcześniej plecak i razem ze strażnikiem powkładał do niego z powrotem wszystkie książki, które z niego wypadły. 
   Potem szczerze podziękował za pomoc i zaczął się oddalać. Jednak żar palący w płucach, ból w żebrach i całej reszcie ciała był niewyobrażalny. Harry zatoczył się i kurczowo złapał drzewa by nie upaść. Zaraz zjawił się obok niego strażnik, który podtrzymał go za ramię. Uśmiechnął się do niego smutno i pociągnął w stronę swojego samochodu.
- Chodź młody. Odwiozę cię do domu. Chyba nie masz nic przeciwko temu?


~*~


- Liam, musisz mi pomóc - błagalny jęk po drugiej stronie słuchawki o siódmej rano w sobotę nieco zmartwił Payne´a. Głos Harry´ego brzmiał jakoś tak smutno i niewyraźnie.
- Wszystko w porządku? - spytał zaniepokojony zbiegając na dół i szukając na wieszaku swojej czarnej kurtki. Popatrzył zza okno i zobaczył padający rzęsiście deszcz. „Świetnie. Teraz muszę wziąć jeszcze ten cholerny parasol. Tylko gdzie ja go zostawiłem?” 
- Tak - westchnął przeciągle Harry - Ah... Tak właściwie to nie. Nic nie jest dobrze Liam. Wszystko się wali...
- Hmm... - szatyn sprawdzał już chyba dziesiątą szafkę - Poczekaj dobrze? Zaraz u ciebie będę, tylko znajdę parasol. Ścierwo się gdzieś zawieruszyło - mruknął, kiedy w po otwarciu kolejnych drzwiczek nie znalazł zguby - Aha. A możesz podać mi w ogóle twój adres? Nie za bardzo wiem gdzie mieszkasz.
- Sun Street 16 - cichy szept rozległ się po drugiej stronie. „Musi być naprawdę źle...”
- Zaraz wychodzę. Pa Harry.
Liam nacisnął czerwoną słuchawkę, kończąc rozmowę ze Styles'em. W końcu sfrustrowany tym, że nigdzie nie ma przeklętego parasola wyszedł z domu nie zabierając go. Na głowę założył jedynie kaptur i wszedł w strugi deszczu. 
   Szedł w przyśpieszonym tempie, by jak najszybciej dostać się do domu Harry´ego. Na skrzyżowaniu zauważył nazwę ulicy, na której mieszkał jego kolega i to właśnie w jej stronę się skierował. Przeszedł przez pasy i wkrótce wędrował wśród gąszczy małych, ale zadbanych domków z ładnymi ogródkami. Stanął przed niedużym mieszkaniem z numerkiem szesnaście i zadzwonił parę razy dzwonkiem. Przez chwilę nie było słychać niczego, więc szatyn jeszcze raz przyjrzał się adresowi zapisanemu pisakiem na dłoni. 

Sun Street 16. 
Wszystko się zgadzało.

   Nagle usłyszał cichy tupot stóp na stopniach schodów i drewniane drzwi się uchyliły. Stał za nimi chłopak z burzą kasztanowych loków w artystycznym nieładzie ubrany w prostą białą koszulkę i szare dresy. Był zadziwiająco podobny do Harry´ego. „Może to jego bliźniak?” przeszło mu przez myśl.
- Hej, jestem Liam. Kolega Harry´ego. A ty pewnie jesteś jego bratem?
Nieznajomy chłopak patrzył na niego ze zdziwieniem w oczach. Payne odrobinę się speszył. 
- Powiedziałem coś nie tak? - zapytał nerwowo poprawiając włosy.
- Czy ty naprawdę mnie nie rozpoznałeś Liam?
Szatyn rozszerzył oczy ze zdziwienia tak, że prawie wypadły mu z orbit.
- Harry to ty?
Rzeczywiście twarz była taka sama. Te same kości policzkowe, te same usta, kształt nosa, te same zielone oczy i małe znamię. Zmyłkę spowodowały brak okularów i zupełnie inna fryzura.
- Nie, ufoludek - westchnął nerwowo Harry - Wchodzisz, czy nadal masz zamiar tak moknąć?
Liam wszedł do środka szybkim krokiem i zamknął drzwi. Ściągnął kurtkę i zawiesił ją koło lustra na małym haczyku. Harry w tym czasie usiadł na małej kanapie z parującym kubkiem w ręce. Zaraz Payne się do niego dosiadł. Chyba zbyt blisko, bo loki bruneta łaskotały go po policzkach.
- A więc... Co się stało Harry?
Szatyn wziął swój kubek z ławy, by choć trochę ogrzać ręce. Pusty i bez emocjonalny wzrok Stylesa, z którym za chwilę się zetknął spowodował, że Liam się przeraził i to dosłownie.
- Chcę umrzeć.
Kubek Liama wypadł mu z rąk i rozbił się na małe kawałeczki.


OD AUTORKI: Hej, hej!  Co myślicie o nowym rozdziale? Swoje opinie zostawiajcie w komentarzach. I muszę Was powiadomić, że strasznie mi przykro z powodu tak niskiej liczby komentarzy. Tylko dzięki trzem osobom, które dodały  komentarze w ostatnim momencie dzisiaj pojawia się szósty. Możecie im podziękować... W każdym razie mam do Was pytanie: Którego z bohaterów na razie najbardziej lubicie? Chcę też Was poinformować o trzech nowych piosenkach w pasku na górze i zaprosić do czytania i komentowania moich one-shotów, które znajdziecie tu: http://dodatki-camille-1d.blogspot.com/ .
Enjoy xx

piątek, 25 października 2013

WAŻNA INFORMACJA

Witajcie moi kochani :) Przychodzę tu do Was z pewną wiadomością. Otóż jutro nie będzie mnie cały dzień w domu, dlatego następny rozdział zostanie opublikowany w NIEDZIELĘ. Mam nadzieję, że przeczytacie go wtedy i że nie jesteście na mnie źli. Miłego weekendu xx

sobota, 19 października 2013

Rozdział 5 - "Ona umie patrzeć tylko oczami, ale nie potrafi patrzeć sercem"



~*~
 (dedykacja pewnej osoby, która podała mi pomysł na bluzkę Felixa ;) )



    Uniosła dumnie głowę. Jasne, długie włosy odgarnęła z zapłakanej twarzy i delikatną dłonią otarła słone łzy z policzków. Oczy na nowo zapałały dawną pewnością siebie i wyższością, usta nabrały mocniejszej barwy, a cała twarz odzyskała dawne kolory.
   Stojąc przy umywalce nabrała wody w ręce, na początku patrząc jak przeźroczyste krople przewijają się między jej palcami, a potem zmyła nimi pozostałości po zepsutym makijażu. Z tryumfem popatrzyła w lustro mierząc się władczym spojrzeniem z własnym odbiciem. 
Znowu jest silna i panuje. 
Powraca prawdziwa Izabella, Królowa Casisdy High School. 

I nikt ani nic już jej nie złamie.


~*~


- Nie wiem, czy to jest dobry pomysł - wyszeptał Harry, zrezygnowany siadając na drewnianej ławce na korytarzu. Zaraz koło niego usadowiła się Emma pocieszająco kładąc mu dłoń na ramieniu. Zacisnęła palce na jego białej koszuli zmuszając go tym gestem, by na nią popatrzył.
- Dlaczego tak sądzisz Harry?
Przez chwilę brunet się nie odzywał, próbując ułożyć w głowie jakąś sensowną odpowiedź. Ale jak na złość nic nie chciało wejść mu do głowy. Po chwili zawziętej ciszy i milczenia w końcu zabrał głos.
- Bo widzisz... - westchnął zaczesując włosy do tyłu - Ugh... To nie jest takie proste jak myślisz...
- Po prostu to z siebie wykrztuś.
Pod wpływem czekoladowych oczu Emmy i ich ciepłego wyrazu dodającego otuchy, nareszcie się przełamał.
- Bo to jest tak, że ty jesteś bardzo fajną, miłą, ale przede wszystkim „popularną” dziewczyną. Osobiście uważam, że pojawienie się na najbardziej uroczystym balu z nic nie wartym kujonem, z którego wszyscy mają pośmiewisko, nie za dobrze wpłynie na twój wizerunek. Ja po prostu nie chcę ci niszczyć moją osobą opinii u innych - jego głos zadrżał - Możesz wybrać tysiące innych chłopaków, którzy mają chociaż jakiekolwiek znaczenie...
- Jak możesz tak w ogóle mówić Harry - Emma ujęła jego twarz w dłonie, głęboko patrząc w jego oczy, w których powoli zaczynały gromadzić się pierwsze łzy - Jak możesz w ogóle myśleć, że jesteś bezwartościowy kiedy...
- Kiedy to prawda? Kiedy na każdym kroku wyśmiewają mój strój i wygląd?
- To nie wygląd zewnętrzny jest najważniejszy, ale to, co masz dokładnie tutaj - palcem wskazała na miejsce, w którym znajdowało się jego serce - Najwięcej zyskujesz na osobowości Harry. Na tym, jakim człowiekiem jesteś w środku, a nie z pozoru. Musisz to sobie uświadomić.
- Każdy wie, że wygląd się liczy Ems. Na przykład taka Izabella...
Emma nie mogła już się powstrzymać i gwałtownie wstała.
- Izabella może i ma ten swój śliczny look i markowe ciuchy, ale tymi rzeczami nigdy nie zamaskuje tego, jakim potworem jest w swoim wnętrzu. Ona umie patrzeć tylko oczami, ale nie potrafi patrzeć sercem.
Po policzku Harry´ego spłynęła pierwsza łza, a za nią potoczyły się kolejne. Emma mocno go do siebie przytuliła.
- Harry pamiętaj. Znaczysz więcej, niż ci wszyscy „popularni” razem wzięci. Więc ponawiam moje wcześniejsze pytanie. Czy pójdziesz ze mną na bal?
- Tak... Tak pójdę.
Emma uśmiechnęła się szeroko przytulając go mocniej.



~*~


   Izabella wkroczyła niczym lwica do wnętrza Casisdy High School. Jej blond włosy otaczały jej głowę niczym złota aureola, a cała jej osoba wydawała się pałać zewnętrznym blaskiem. 
    Przemierzała władczo szkolny korytarz, a spojrzenia wszystkich zgromadzonych na nim uczniów były skierowane właśnie na nią. „Czy sądziliście, że dziś także nie przyjdę? Naiwni. Nie jestem taka słaba jak myślicie”.
   Zaczęła wzrokiem szukać pewnej osoby, a dokładniej wysokiego, ciemnego bruneta o czekoladowych oczach. W końcu wytropiła jego umięśnioną sylwetkę. Stał w towarzystwie Louisa i Lucasa zawzięcie o czymś rozmawiając i żywo gestykulując. Prawą ręką bez przerwy odbijał pomarańczową piłkę do koszykówki.
   Podeszła do niego szybkim krokiem i ciągnąc za materiał rękawka niebieskiej koszulki z motywem Ciasteczkowego Potwora, odciągnęła go od reszty.
- Co do... - Felix zaczął się wyrywać, ale po chwili rozpoznał osobę, która tak brutalnie przerwała mu tą jakże interesującą konwersację - Hej Is. Co się dzieje? - spytał radośnie obejmując ją ramieniem. 
   Dziewczyna szybko strąciła jego rękę, wygładzając pomięty materiał swojej fioletowej koszulki i patrząc na niego spode łba.
- Bal się dzieje, Felix. I dzieje się też to, że ty idziesz na niego ze mną.
    Mahone parsknął donośnym śmiechem, zakrywając usta dłonią, by chociaż trochę móc się uspokoić.
- Hola, hola - wykrztusił z siebie po chwili, wciąż jednak trzęsąc się z powodu nadmiernej chęci do śmiechu - Chciałbym zaznaczyć, że ja jeszcze się nie zgodziłem - założył ręce na klatce piersiowej.
- I tak nie masz nic do gadania. Jak ja czegoś chcę, to zawsze to dostaję - Izabella stanęła niewiarygodnie blisko niego. Felix zauważył, że jest to dość niebezpieczna odległość zważając na to, że idealnie czuł jej ciepły oddech na swoich ustach. 
Dziewczyna przez cały czas się nie ruszała, przez co Mahone´a naszła nagła ochota by wpić się w jej idealne usta. Cały czas zdawał się stanąć w miejscu, a wszyscy ludzie zastygli w pozycjach, w których się znajdowali. Ogromne motylki właśnie ożyły w jego brzuchu latając na wszystkie strony. Jego oddech wcześniej regularny i umiarkowany, teraz stał się krótki i urywany. 
Od zawsze o niej marzył. O tej nieprzystępnej, trudnej do zdobycia, zabójczo pięknej Izabelli. Od wieków chciał, by była tylko jego własnością. 
    Już prawie przylgnął do jej różanych ust swoimi spragnionymi pocałunków wargami, gdy nagle blondynka wepchnęła mu coś w ręce. Zdezorientowany zamrugał parę razy oczami starając się upewnić w tym, że to jednak jest rzeczywistość, a nie sen. 
Lekko zamglonymi oczami spojrzał na małe zawiniątko, które trzymał w dłoniach.
- Krawat?
Zmiął różowy materiał między palcami z niedowierzaniem kręcąc głową.
- Nie było innego koloru? - powiedział z dobrze wyczuwalną drwiną w głosie.
- Co masz do różowego? Idealnie pasuje do mojej sukienki ma bal, więc jest w stu procentach odpowiedni.
„Nie sądzę...” westchnął Felix chowając krawat do swojej szkolnej torby. „Ale dla niej zrobię wszystko...” 
   Gdy wstał z klęczek Izabella zniknęła już gdzieś w tłumie uczniów.

„Czy ona kiedykolwiek odwzajemni moje uczucia?"


~*~


   Otworzył zaspane oczy, gdyż złośliwe promienie słońca wpadły do jego pokoju przez szpary między żaluzjami. Tak naprawdę nie miał ochoty wstawać, ale doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że musi. 
   Powoli wystawił jedną nogę spod kołdry, potem to samo wykonał z drugą. Dreszcze przebiegły po jego ciele, a na skórze pojawiła się gęsia skórka. No tak, skutki braku ogrzewania w mieszkaniu.
   Nie chcąc dłużej trwać w tym zimnie szybko wstał z łóżka stając przed lustrem stojącym w rogu jego pokoju. 
Zobaczył zmęczonego życiem nastolatka z poszarzałą skórą, zapadniętymi policzkami, sinymi ustami i podbitym okiem. Najgorzej jednak prezentowały się przekrwawione siniaki na szyi. Delikatnie dotknął opuszkami palców sino-fioletowych plam i syknął z bólu, który rozniósł się po jego ciele. Doskonale pamiętał okoliczności, w których je nabył. A musicie wiedzieć, że tych okoliczności w jego życiu było naprawdę dużo.



   Wiosna z pozoru była ciepłą porą roku, której nie sposób było nie lubić. Jednak w ten dzisiejszy dzień zimny wiatr wiał niemiłosiernie, a co gorsza zapowiadało się na całkiem pokaźny deszcz. 
    Ciemnowłosy nastolatek wracał po jednym z cięższych dni w szkole. Powoli przebierał nogami, jakoś niespecjalnie spiesząc się do własnego domu. Posiadając jedynie cienką kurtkę nie był w stanie całkowicie ochronić swojego ciała przed zdradliwymi podmuchami. Potarł o siebie zziębnięte dłonie i ulokował je w kieszeniach odzienia, które jako jedyne mogło zapewnić mu jakiekolwiek ciepło. 
   W końcu dotarł do kamienicy, którą zamieszkiwał. Stanął przed odrapanymi drzwiami i głośno wzdychając wszedł do środka. Podążał zaciemnionym korytarzem patrząc na zwisającą na obnażonym kablu przepaloną żarówkę, która nie mogła już dać światła. Przez uchylone drzwi dostał się do swojego mieszkania i ze zgrozą zauważył, że przy progu nie ma butów jego brata Javaada, ale za to jest obuwie Saamara, jego ojca. 
   Starał się zachowywać jak najciszej, dlatego dyskretnie skierował się w stronę schodów. Nagle zamarł przerażony, gdy do jego uszu dotarła soczysta wiązanka pijackich przekleństw Saamara. Zayn w panice, która nim zawładnęła, zaczął pokonywać kolejne stopnie we wręcz zabójczym tempie, przeskakując kilka z nich i zbliżając się do upragnionego celu, jakim był jego pokój. Jego własna ostoja bezpieczeństwa. 
   Już prawie znalazł się na piętrze, kiedy czyjeś silne ręce zacisnęły się na jego ramionach. Chłopak został zrzucony z drewnianej konstrukcji i mocno uderzył plecami o brudne panele. Zakrztusił się zwijając się z bólu, ale zaraz został gwałtownie podniesiony za koszulkę do góry. Oczy jego pijanego jak zawsze ojca pałały żądzą i nienawiścią, przez co serce ciemnowłosego nastolatka biło dwukrotnie szybciej.
- Do kuchni po piwo! Ale to już!
Zayn zerwał się gwałtownie na nogi i pędem pobiegł do wyznaczonego pomieszczenia. Z lodówki wyciągnął małą puszkę alkoholu i oczy zaszły mu łzami, gdy na nią spojrzał. Miał ochotę rzucić ją na ziemię i rozgnieść jak nic nie wartego robaka, ale wiedział, że to się dla niego źle skończy. 
   Zaniósł piwo ojcu i gdy mu je już podał chciał odejść, ale Saamar miał wobec niego całkiem inne plany. Jednym silnym ruchem przygniótł syna za szyję do ściany, odcinając mu tym samym dopływ do powietrza. Chłopak zaczął się dusić. Obrazy z całego życia mignęły mu przed oczami, gdy myślał, że to już definitywny koniec. 
Nagle ktoś uwolnił go od tych męczarni. Javaad powalił pijanego mężczyznę na ziemię i wymierzył mu potężnego kopniaka w brzuch. Saamar zwinął się na posadzce zaciskając zęby w bólu. Javaad podbiegł do swojego płaczącego brata i troskliwie otoczył go ramionami, próbując pocieszyć.
- Cii... Już wszystko dobrze. Ze mną jesteś bezpieczny, Zayn.
Saamar opuścił salon mocno trzaskając drzwiami od swojej sypialni. W mieszkaniu zapanowała cisza.



   Zayn popatrzył w stronę komody. Stało na niej zdjęcie z nadtłuczoną szybką oprawione w zieloną, plastikową ramkę. Znajdowały się na nim dwie osoby. 
Ona i on. 
Matka i syn. 
Razem radośni i razem szczęśliwi. 
Napis pod nim głosił: 
„Ukochanemu Synkowi - Twoja Oddana Na Zawsze Mama : Trisha Malik 12.01.2013”


„Dlaczego musiało cię zabraknąć, mamo?”



OD AUTORKI: Witajcie moi kochani już w piątym rozdziale Beauty and The Geek, w którym poznajemy kolejną historię nowego bohatera, którym jak pewnie zauważyliście jest Zayn. W związku z tym chciałabym spytać: Historię którego z bohaterów chcielibyście poznać jako następną? Odpowiedzi umieszczajcie pod tym postem. Za wszystkie miłe komentarze pod rozdziałem czwartym (których było aż 16) bardzo Wam dziękuję i proszę o tak dobre ocenianie i tego rozdziału. :) Liczę na Was moi kochani i oświadczam, że jeżeli pod tym rozdziałem w ciągu tygodnia uzbiera się +10 komentarzy kolejny rozdział pojawi się w następną sobotę. 
Ps .Mam też pytanie: Czy muzyka na blogu przypadła Wam do gustu?
Wasza Camille xx

sobota, 12 października 2013

Rozdział 4 - "Ile ja bym dał, by którakolwiek mnie zaprosiła..."



~*~
(dedykacja dla Patrycji G. za tak długie wyczekiwanie)



   Przeźroczyste łzy płynęły po jej porcelanowych policzkach wsiąkając w materiał cienkiego sweterka. Delikatna poświata księżyca oświetlała srebrzystą wiązką jej pokój, a wesołe gwiazdy migały radośnie rozmieszczone na całym niebie. Przepiękny widok, prawda? Ale dla Izabelli ta noc wcale nie była piękna. 

  Ból, rozpacz, smutek, gorzkie łzy, cierpienie, żal, rany, gorycz, krwawienie serca, utrata wiary w lepsze jutro... 

   Te wszystkie, w większości negatywne emocje uczucia kłębiły się w sercu Izabelli.


- Ale jak to?
 Jej przerażony głos był ledwo dosłyszalny. Powiedziała to tak cicho, jakby nikt nie miał tego usłyszeć.
- Dobrze usłyszałaś - Karen zmierzyła ją zimnym spojrzeniem. Nie było w nim ani grama miłości. Tylko szara beznamiętność. Twarz jej matki jeszcze nigdy nie miała takiego wyrazu.
- Dlaczego to robicie? Ranicie w ten sposób mnie i Lucy. Nasze szczęście też jest ważne - ostatnie słowa wręcz ugrzęzły jej w gardle. Słone łzy zamazały widoczny obraz, który stał się mglisty i niewyraźny.
- Dobrze o tym wiemy - za drzwi wyłonił się Thomas. Wyglądał jak wrak człowieka. Ciemne włosy były nieułożone, przetkane nitkami siwizny, niebieskie oczy wyraźnie zmęczone i podkrążone, usta suche. Parę zmarszczek znaczyło jego czterdziestoletnią twarz. Uśmiechnął się nikle kładąc dużą dłoń na ramieniu córki.
- Obiecuję, że będziesz mogła widywać się z Lucy kiedy tylko będziesz miała na to ochotę.
   Serce blondynki dosłownie przestało bić. Czas zatrzymał się w miejscu, gdy zrozumiała sens słów wypowiedzianych przez ojca.
Rozdzielą ją i Lucy. 
Na zawsze.


   Gdy płakała teraz w swoją ukochaną poduszkę otulona granatowym kocykiem w pajacyki, który należał do jej siostry to nie z tego powodu, że rodzice się rozwodzą, ale z powodu rozdzielenia jej z Lucy. Jej siostrzyczka dzisiaj opuściła ją razem z matką i wyjechały do miasta oddalonego o trzy godziny stąd. Jedyną rzeczą, która pozostała jej po Lucy był właśnie ten granatowy kocyk. Wciąż był przesiąknięty zapachem szamponu malinowego i dziecięcymi perfumami z kolekcji zapachowej Barbie. Niósł ze sobą tyle wspomnień...



- Is?
Cichutki szept spowodował, że blondynka natychmiastowo się obudziła. Przetarła zaspane oczy i w progu swojego pokoju zobaczyła małą istotkę w różowej piżamce z misiami. Lucy lekko się trzęsła ze strachu, w prawej ręce trzymała swój granatowy kocyk w pajacyki, a w lewej piąstce zacisnęła rączkę swojego ukochanego, puszystego misia.
    Na dworze szalała okropna burza. Gigantyczne błyskawice co chwilę przecinały ciemne niebo rozświetlając je, a potężne grzmoty przeciągle dudniły w uszach.
- Co się stało kruszynko?
- Boję się burzy. Mogę spać z tobą?
- Oczywiście kochanie. Chodź tutaj.
Lucy niepewnie podeszła do łóżka swojej starszej siostry i powoli się na nie wdrapała. Izabella od razu utuliła ją swoimi ramionami zamykając w opiekuńczym uścisku, a potem delikatnie ucałowała jej czółko.
    Lucy zadrżała, gdy kolejna błyskawica pojawiła się na sklepieniu. Szesnastolatka od razu ją uspokoiła.
- Ciii... Ze mną nie musisz się bać. Jesteś bezpieczna motylku.
- Cieszę się, że mam taką fajną siostrę - Lucy zaśmiała się cichutko przykładając łapkę misia do miejsca gdzie znajdowało się serce blondynki - Freddie też cię kocha, wiesz? Powiedział mi o tym wczoraj, gdy piliśmy herbatkę.
Izabella przykryła ciałko siostrzyczki kołdrą z wzorem flagi Wielkiej Brytanii i położyła się obok niej.
- Ja też cię kocham.
   Po chwili ciszy i milczenia Lucy wyciągnęła w stronę siostry mały palec, po czym go zgięła.
- Siostry na zawsze? - spytała radośnie.
- Na zawsze.
- Na paluszek?
- Na paluszek.
Złączyły małe palce i uśmiechnięte zasnęły razem wtulone w siebie.



Tyle smutku, tyle łez i cierpienia, a ona nie miała komu się zwierzyć...


~*~


- Szach Mat!
    Ucieszony Darren potarł ręce w geście zadowolenia i z wyższością popatrzył na swojego przeciwnika, który był jednocześnie jego przyjacielem, wręcz pękając z nadmiaru dumy. Jego kujońskie okulary przekrzywiły się lekko w bok wywołując u reszty kujonów falę śmiechu.
- Nie wierzę, że cię pokonałem. Samego Harry´ego Stylesa Mistrza Szachownicy pięć lat z rzędu!
   Darren podskoczył z radości rzucając się na stojących najbliżej dwóch bliźniaków: Eda i Richarda. Ci także podzielali entuzjazm kolegi klepiąc go po plecach i gratulując. 
    Harry wciąż siedział na tym samym miejscu patrząc w zamyśleniu i zadumie na przewróconego na drewnianej planszy króla. Przepełniało go czyste zdumienie. Jeszcze nigdy nie przegrał w Wiosennych Igrzyskach Szachowych, a teraz pokonał go jakiś początkujący. Po chwili wstał z krzesła pokrzepiająco ściskając dłoń zwycięzcy.
- Moje gratulacje. Ty wygrałeś. Ja przegrałem - ostatnie słowa jakoś nie chciały przejść mu przez gardło, ale zdołał wysilić się na lekki, choć zdecydowanie wymuszony uśmiech. 
   Coś było nie tak. Podczas tegorocznych Igrzysk nie był w stanie się skupić. Jego myśli wciąż błądziły wokół jednej i tej samej osoby. 
Izabella...
Otrząsnął się szybko z zamyślenia słysząc pytanie, które zadał mu Richard.
- W tym roku też nie idziemy na bal co nie?
Bal wiosenny był najbardziej wyczekiwanym wydarzeniem w całym roku szkolny. Eleganckie suknie, garnitury, poncz, fajerwerki, tańce... To wszystko było nieodzownymi elementami balu. 
   Bal Wiosenny Casisdy High School różnił się od tych w innych szkołach tym, że to dziewczyny zapraszały chłopaków. Ci najładniejsi i najbardziej wysportowani zawsze mieli powodzenie i parę. Kujonów nikt nigdy nie zapraszał. „Tak było kiedyś i tak będzie zawsze” - pomyślał ze smutkiem Harry.
- I tak nie mamy z kim. A poza tym lepiej się uczyć niż odtwarzać jakieś wygibasy na scenie.
    Słowa Harry´ego były kłamstwem. Tak naprawdę od wieków marzył, by jakaś dziewczyna go zaprosiła, ale jeszcze nigdy nie doznał takiego zaszczytu. Zawsze był odrzucany i niezauważalny przez płeć piękną. Jego koledzy z kółka szachowego i matematycznego się tym nie przejmowali. Nawet było im tak lepiej. Dlatego, żeby nie stracić ich przyjaźni kłamał.
 „Ile ja bym dał, by którakolwiek mnie zaprosiła...”


 ~*~


   Emma dużo przez ten czas rozmyślała. Kłótnia z Izabellą napawała ją smutkiem. Nie chciała, by te wspaniałe lata stały się nic nie wartymi kupami bezużytecznych wspomnień. Ale nie mogła też przyjaźnić się z potworem. Postanowiła obmyślić plan,dzięki któremu zmieni postępowanie Izabelli i doprowadzi do tego, że jej przyjaciółka dostrzeże jakim wspaniałym człowiekiem jest Harry i że go przeprosi.

I nawet wiedziała już jaki...




~*~


   Harry przemierzał spokojnie szkolny korytarz, zaczytany w dodatkowe materiały na fizykę. Nie patrzył przed siebie i przez swoją nieuwagę wpadł na kogoś. Teczka wypadła mu z rąk i białe kartki rozsypały się po ziemi. 
   Przerażony podniósł wzrok, modląc się żeby to nie był Lucas, ani żaden z jego napakowanych osiłków. Zamiast nich zobaczył czekoladowe oczy Emmy. Dziewczyna uśmiechnęła się nerwowo.
- Cz.. cześć Harry - zająknęła się uroczo podnosząc i wręczając mu jego czerwoną teczkę. Harry rozglądnął się podejrzliwie za plecami brunetki szukając wzrokiem Izabelli.
- Gdzie zgubiłaś przyjaciółkę? Nie przyszła się ze mnie ponabijać? - powiedział to tak obojętnie i szyderczo jak tylko potrafił. Skrzyżował ramiona na klatce piersiowej, czekając na odpowiedź brunetki. Emma założyła ciemny kosmyk włosów za ucho i uśmiechnęła się smutno.
- Is... Izabella już nie jest moją przyjaciółką - powiedziała cicho, a w jej oczach zabłyszczały słone łzy.
- Przepraszam jeśli... - zaczął Harry, ale Emma przerwała mu nerwową kręcąc głową.
- Nic się nie stało. Naprawdę. Nie przyszłam to by o niej rozmawiać. Tak właściwie to szukałam ciebie. Muszę cię o coś zapytać.
Harry westchnął przeciągle. Na pewno przyszła tu by poprosić go o jakieś zadanie domowe lub ściągę na test. Poprawił okulary na nosie, czekając na już z góry wiadome słowa.
- Harry, czy pójdziesz ze mną na bal?
To pytanie wmurowało go w ziemię.

 „Zgodzić się, czy nie?"



OD AUTORKI: Przepraszam, ze dodaję go tak późno. I proszę Was o komentarze. Dzięki nim mam większą ochotę na pisanie rozdziałów ;) Ustalam też pewną zasadę. Otóż rozdziały będą dodawane co soboty, ale w jakim odstępie czasu to już zależy od Was. Jeśli za tydzień będzie na przykład tylko pięć komentarzy, to następny niestety, ale się nie pojawi. Zachęcam też do wpadania i komentowanie moich innych blogów, a zwłaszcza o nazwie Dodatki (link w kartach u góry) Od razu wszystkim dziękuję za wsparcie. Camille xx