poniedziałek, 30 września 2013

Rozdział 3 - "Nie jestem Twoim wrogiem"



~*~
(dedykacja dla Adelle za najwspanialszy komentarz)



„Nie będę z nim robić projektu! Na pewno nie z tym głupim, zasranym kujonem!”


   Dwa zwykłe, krótkie zdania, ale jakże bolesne. Odżywały na nowo i wciąż z taką samą ogromną mocą trafiały w serce Harry´ego znacząc je rozległym cierpieniem i rozrywając na milion małych, postrzępionych, krwawiących części. Wprawdzie już nie raz nim pogardzano, ale on zawsze był na tyle silny, by się tym nie przejmować. Nie wiedział dlaczego teraz było inaczej. Dlaczego płakał przez jakąś zwykłą blondynkę chodzącą z nim do klasy?
   „Jestem cieniasem” pomyślał wpatrując się w swoje niewyraźne odbicie w lekko zabrudzonym lusterku męskiej toalety. „Czy ja naprawdę jestem taki zły?”. Zdjął swoje cenne okulary z nosa kładąc je z wielką ostrożnością na wypolerowanej umywalce. „Przynajmniej ona była czysta”. Jeszcze raz zapatrzył się w swoje drugie „ja” po przeciwnej stronie. Zaczął rękami niszczyć układaną przez tak długi czas elegancką fryzurę. Rozwiązał krawat i rzucił go gdzieś w róg łazienki. Przeciągnął przez głowę beżowy sweterek w romby, który także znalazł się na podłodze. W lustrze nie zobaczył już tego samego Harry´ego Stylesa, co go lekko wystraszyło. Nie. To zdecydowanie nie był jego styl. 
   Pozbierał porozrzucane wokoło rzeczy i z powrotem je nałożył. Okulary też w końcu wróciły na swoje stałe miejsce. „Dlaczego jestem takim tchórzem?” pomyślał opierając dłonie po obu stronach umywalki. „Dlaczego tak się boję...”. Otarł kręcące się w jego oczach łzy nie chcąc by spłynęły one po jego policzkach. Wszystko było takie trudne... Ale co on, zwykły kujon mógł zrobić? No właśnie. Nic.
- Wiedziałem, że tu będziesz.
Spokojny i zrównoważony głos Liama przywrócił go do rzeczywistości. Odwrócił się w stronę szatyna napotykając ciepłe spojrzenie jego czekoladowych tęczówek.
- Jeśli przyszedłeś się ze mnie ponabijać to droga wolna. Możesz zaczynać - powiedział z lekko drżącym głosem szykując się na dawkę obelg skierowanych w jego stronę. Jednak Liam najwyraźniej nie w takim celu szukał go w męskiej toalecie.
- Nie przejmuj się Izabellą i jej słowami. Ona jest głupia jak pustak, a ty zbyt mądry i porządny by się nią przejmować - powiedział Payne kładąc brunetowi rękę na ramieniu.
- Oszczędź sobie tych litości Liam. Nie potrzebuję twojego sztucznego „współczucia” - Harry zakreślił palcami w powietrzu tradycyjnego króliczka i wyszedł z toalety. Liam ruszył za nim.
- Kiedy ja chcę ci tylko pomóc. Nie jestem twoim wrogiem, Harry. Pamiętaj.
Styles stanął w pół kroku. Nie takich słów spodziewał się z ust tancerza.
- I pamiętaj, że cokolwiek by się działo, zawsze możesz na mnie liczyć - kontynuował szatyn - Do zobaczenia na przerwie. Mam nadzieję, że do tego czasu przemyślisz tą sprawę.
Po tych słowach odszedł korytarzem wygwizdując coś pod nosem i zmierzając w stronę sali geograficznej, zostawiając Harry´ego z totalnym bałaganem i natłokiem myśli w głowie.


~*~

   Izabella kroczyła dumnie szerokim korytarzem wyzywająco patrząc z góry na osoby znajdujące się wokół niej. Mierzyła je wyzywającym spojrzeniem i uśmiechała się triumfująco, gdy zbyt speszone spuszczały wzrok. To właśnie uwielbiała. Mieć władzę nad innymi. Władzę nad nic nie wartym pospólstwem. 
   Zaraz obtoczył ją solidny wianuszek jakichś dziewczyn, które pragnęły się dowiedzieć jak to jest byś prawdziwą cheerleaderką, jednak blondynka tylko je od siebie odepchnęła. Nie lubiła przebywać wśród osobników niższego pokroju w nieeleganckich i już od dawna niemodnych łachmanach. 
    W końcu udało jej się dotrzeć do jej szafki. Z wielką gracją otworzyła metalowe drzwiczki i wyjęła błyszczyk do ust z małej kosmetyczki. Przejechała nim po ustach, które nabrały blasku i szeroko się uśmiechnęła. Nikt nie był równie piękny co ona.
- To co zrobiłaś, chyba było ciut zbyt chamskie, nie uważasz?
Emma oparła się o swoją szafkę mierząc Izę beznamiętnym spojrzeniem. Blondynka nic nie mogła z niego wyczytać.
- O czym ty do mnie mówisz Ems? - spytała zszokowana. Przecież ona nic złego nie zrobiła.
- O Harry´m.
- Daj spokój, to tylko zwykły głupi kujonek. Nie trzeba się nad nim rozczulać.
Sprawnie zawinęła jeden blond kosmyk za ucho i poprawiła sweterek, obciągając go lekko w dół. Teraz leżał idealnie.
- Ale on też ma uczucia i nie wiem czy zauważyłaś, ale swoimi okropnymi słowami go zraniłaś - drążyła temat brunetka starając się nadążyć za pośpiesznie idącą korytarzem przyjaciółką - Byłaś podła.
Izabella odwróciła się w jej stronę z furią w oczach.
- Jak śmiesz tak w ogóle mówić! - wybuchnęła - Co się stało z tobą Revie? Nagle stałaś się czuła na problemy innych? Nagle zaczęłaś zauważać, że taki kujon w ogóle ma jakieś znaczenie? Czy ty naprawdę straciłaś już rozum! Jesteś przygłupia i nie masz mózgu! Boże, kobieto! Ktoś taki nie zasługuje na miano mojej przyjaciółki! 
- To może i lepiej, że sama doszłaś do takiego wniosku, bo ja zrozumiałam, że już nie chcę urzędować na tym stanowisku - brunetce głos uwiązł w gardle - Strasznie mi przykro, że moja prawdziwa przyjaciółka już dawno zginęła.
Po tych słowach Emma odwróciła się na pięcie i odeszła, ocierając łzy z kącików oczu.
- I bardzo dobrze! Idź sobie! Nie potrzebuję cię! Mam Gabrielle i koszykarzy! Nigdy nie byłaś dla mnie ważna, a tak poza tym to w końcu cała szkoła się dowie, że masz podróby conversów!
Wszyscy uczniowie skupili swój wzrok na wymachującej rękami na wszystkie strony Izabelli. Momentalnie zgromiła ich spojrzeniem.
- A wy co się gapicie?! Jazda wracajcie do swojego nudnego życia!
- Ty lala! Uważaj, bo złość piękności szkodzi! - słowa te rozległy się gdzieś na korytarzu. 
   Śmiertelnie obrażona na cały świat Izabella udała się na swoją już dziś ostatnią lekcję mamrocząc jakieś przekleństwa pod nosem.


~*~

   Gdy godzinę później wracała do swojego rodzinnego domu, dużo rozmyślała. Czy faktycznie dobrze zrobiła wyzywając i kłócąc się z Emmą? Zawsze trzymały się razem, nie bacząc na to jak wielkich rozmiarów przeszkody stawały im na drodze, a teraz Iza miała je pokonywać sama? 
   Blondynka wciąż pamiętała, mimo tak dużego upływu czasu, pierwsze spotkanie z Revie. Jako dwie małe dziewczynki spotkały się pewnego razu na zajęciach baletowych u Madame Suzanne. Obie miały wtedy po sześć lat, włosy związane w luźne koczki i wielką chęć do nauki tańca. Zaprzyjaźniły się od razu. 
   Razem bawiły się na placu zabaw, razem podkradały mamom wysokie szpilki, razem czytały czasopisma młodzieżowe i razem podrywały chłopców. Cóż. Ich czas wspólnej przyjaźni chyba właśnie odszedł w zapomnienie.
   Izabella skręciła w stronę swojego podjazdu i popchnęła ręką kutą z żelaza, mocną bramę. Po żwirkowatej dróżce dostała się pod drzwi mieszkania i je otworzyła. Weszła do środka odwieszając cienki płaszczyk na haczyk koło lustra, torbę rzuciła gdzieś w kąt i skierowała swe kroki do kuchni. 
   W pomieszczeniu zastała swoją małą siostrzyczkę Lucy, która usilnie próbowała namalować gigantycznego jednorożca na kilkunastu posklejanych razem taśmą klejącą kartkach. Małe rączki ściskały pomarańczową kredkę świecową, a różowy języczek wysunął się spomiędzy ust. 
   Lucy miała długie brązowe włosy związane teraz w warkocza i przewiązane różową gumką, iskrzące się zielone oczka i rumiane policzki. Za niecałe trzy tygodnie wypadały jej piąte urodziny.
- Witaj cukiereczku - Izabella przytuliła ją na przywitanie - Co tam tak zawzięcie rysujesz? - przyglądnęła się bliżej kartkom papieru.
- Jednorożca - odparła mała wymieniając obecną kredkę na różową i zaczęła dorysowywać ogon zwierzakowi - Homer powiedział, że to będzie świetny prezent dla rodziców - uśmiechnęła się, gdy jej starsza siostra zdeklarowała się jej pomóc.
- A gdzie tak właściwie podział się Homer?
Homer był kamerdynerem w ich domu i zazwyczaj zajmował się małą Lucy. Tym razem jednak go przy niej nie było.
- Właśnie przywiózł mamę z pracy. Teraz chyba kosi trawnik w ogródku. Myślisz, że się im spodoba? - dziewczynka uniosła do góry cały rysunek ukazując go w całej okazałości. Mimo, iż rogi były lekko wymięte, a kolory wychodziły poza główne linie, cały obrazek prezentował się wspaniale.
- Jest prześliczny kwiatuszku - Izabella złożyła na włoskach siostrzyczki leciutki pocałunek. - Pójdę poszukać rodziców. Zaraz wrócę motylku.
Blondynka zaczęła wspinaczkę po wysokich, kręconych wykonanych z marmuru schodach i w końcu znalazła się na pierwszym piętrze. Do jej uszu doszły jakieś niewyraźne krzyki dochodzące zza drzwi sypialni Karen i Thomasa Abbey'ów. Ciekawość wzięła górę. Dziewczyna podeszła do nich i zaczęła nasłuchiwać; choć wypowiadane przez dorosłych słowa nie były słyszalne zbyt wyraźnie.
-...jesteś okropny!
-...nie zawracaj mi głowy takimi błahostkami...
-...zauważ, ze ostatnio to tylko ja staram się jakoś zarobić na nasze mieszkanie...
- nie masz w ogóle czasu dla dzieci!
-...doprowadzasz mnie do szału!
Izabella zmartwiona tym co usłyszała, miała zamiar nacisnąć na klamkę, ale ktoś zdążył ją uprzedzić. Drzwi otworzyły się z hukiem i blondynka stanęła twarzą w twarz ze swoją mamą. To co usłyszała z jej ust dosłownie zmroziło jej krew w żyłach i spowodowało słone łzy płynące po jej policzkach.
- Rozwodzimy się...


OD AUTORKI: Witajcie moi Kochani! Zaraz na wstępie chciałabym Was przeprosić za ten strasznie krótki i nudny rozdział i od razu obiecuję, ze specjalnie dla Was moi drodzy czytelnicy wycisnę z siebie wszystko i następny będzie o wiele dłuższy. Chciałabym Was też serdecznie zaprosić na mojego drugiego bloga, na którym też strasznie mi zależy i widząc tam tylko trzy komentarze robi mi się smutno. Mam nadzieję, że nie jest taki strasznie beznadziejny, prawda? Oto link: http://dodatki-camille-1d.blogspot.com/.
Dziękuję za każdą pomoc w postaci komentarzy. To naprawdę nie zajmuje zbyt dużo czasu a pozytywnie motywuje.
Pozdrawiam ciepło Wasza Camille xx

czwartek, 26 września 2013

Ważna informacja

Witajcie moi drodzy! Przepraszam, że nie przychodzę do Was na razie z nowym rozdziałem, ale mam nadzieję, ze zostanie on już niedługo opublikowany. Zjawiam się tu by was serdecznie zaprosić na mojego bloga którego znajdziecie pod tym linkiem: http://dodatki-camille-1d.blogspot.com/. Proszę o wsparcie mnie w postaci waszych komentarzy i obserwowania. Od razu wszystkim dziękuję. Spodziewajcie się już niedługo rozdziału trzeciego.

Wasza Camille xx

sobota, 21 września 2013

Rozdział 2 - "Przydzielam cię do Harry'ego"



IZABELLA


Błyszczyk? Jest.
Tusz do rzęs? Jest. 
Puder? Jest. 
Ukochane pisemko? Jest. 
Telefon komórkowy? Jest. 
Portfel z Hello Kity? Jest. 
Strój? Jest. 
Buty? Są. 
Pompony? Są.

Z głośnym westchnięciem zapięłam moją białą, sportową torbę marki PUMA i zakładając na nos czarne Ray Bany wyszłam z domu uprzednio zamykając je kluczem. Metalowy przedmiot z paroma breloczkami wepchnęłam do jednej z kieszeni moich jeansów i poprawiając biały sweterek, ruszyłam na spacer brukowanym chodnikiem. 
Słońce pięknie świeciło, a jego złote promienie ogrzewały moją twarz, na której pojawił się szeroki uśmiech. Od dziecka uwielbiałam wiosnę. Miała w sobie tyle uroku i była taką czarującą porą roku. Leciutki wietrzyk rozwiał moje długie, blond włosy więc musiałam je poprawić. Zgrabnie zgarnęłam niesforne, jasne kosmyki prawą dłonią i założyłam je za ucho. Popatrzyłam na wyświetlacz mojego telefonu i moim oczom ukazała się godzina siódma pięćdziesiąt osiem. Za niecałe dwie minuty zaczynała się moja pierwsza lekcja, a ja wlekłam się jak stary, francuski ślimak. 
Przyśpieszyłam kroku i podeszwy moich czarnych Vansów w miarowym tempie uderzały o asfalt, gdy przechodziłam na drugą stronę ulicy. Oczywiście ja jak to ja, zagapiłam się i nie zauważyłam czerwonego światła dla pieszych, przez co o mało nie zostałam potrącona przez grubego kierowcę cysterny wiozącej paliwo. Na szczęście mężczyzna miał refleks i zdążył się zatrzymać jakieś dwa centymetry ode mnie. Speszona tą całą sytuacją, jak najszybciej pobiegłam do Casisdy High School, starając się ukryć za włosami czerwone rumieńce. 
Na szkolny korytarz wpadłam niezwykle zmęczona i zdyszana oraz na dodatek spóźniona. Historia trwała już od dobrych dwudziestu minut, więc nie było sensu na nią iść zwłaszcza, że dzisiaj mieliśmy pisać sprawdzian z przeróżnych dat ważnych i wielkich wojen, czego się niestety nie nauczyłam. 
Ściągnęłam okulary i wpakowałam je do torby. Postanowiłam, że nie będę siedzieć w środku budynku tylko wyjdę na dwór. Skierowałam się w stronę wyjścia i po chwili siedziałam już na jednej z zielonych, drewnianych ławek obok szkolnego boiska. Wyciągnęłam moją ukochaną gazetkę i otworzyłam ją na pierwszej stronie, czyli spisie treści. Przeglądnęłam wszystkie tematy i w końcu zdecydowałam się na ten o nowej kolekcji perfum, które już od dawna chciałam sobie kupić, ale zawsze o nich zapominałam, gdy byłam na zakupach. Czytając całkowicie straciłam poczucie czasu i z mojego „artykułowanego” świata wyrwał mnie głośny dźwięk dzwonka i uczniowie wysypujący się przez drzwi, żeby spędzić dziesięciominutową przerwę na dworze. 
Spakowałam pisemko i ruszyłam w stronę mojej szafki, rozpychając się łokciami, bo jakby nie patrzeć szłam pod prąd. Gdy w końcu do niej dotarłam westchnęłam z ulgą wpisując odpowiedni kod. Blokada w drzwiczkach ustąpiła i spokojnie mogłam położyć sportową torbę obok czarnej kosmetyczki. Przeglądnęłam się jeszcze w lusterku, które zawiesiłam na początku roku na metalowych drzwiczkach i zadowolona cmoknęłam parę razu ciesząc się z tego jaka jestem ładna. 
Długie blond włosy opadały obu stronach ramion, niebieskie oczy iskrzyły się ze szczęścia, a pełne, różane usta składały się na prześliczny uśmiech, który działał na nie jednego chłopaka. Gdy zamknęłam moją szafkę wyciągając jeszcze przy okazji książkę do geografii i czarny długopis, zauważyłam na końcu korytarza ciemną czuprynę mojej najlepszej przyjaciółki Emmy, sarnie oczy Nathalie i idealną sylwetkę Gabrielle. Wszystkie te dziewczyny tak jak zresztą i ja, były cheerleaderkami. Podeszły do mnie i mocno ucałowały moje oba policzki, a ja je uścisnęłam.
- Gotowa na geografię? - spytała Revie, zarzucając swoją rękę na moje ramię. Strząsnęłam ją ze śmiechem na co ona zrobiła udawaną obrażoną minę.
- Gotowa - odpowiedziałam pstrykając ją w nos, a Emma uśmiechnęła się szeroko. Nigdy nie potrafiła się długo na mnie gniewać, a ja nie potrafiłam gniewać się na nią. Była osobą, której mogłam zaufać w stu procentach, powierzyć wszystkie moje sekrety i mieć pewność, że zachowa je w swoim sercu aż do grobowej deski. Palcem wskazującym pokazałam na książkę od biologi w jej rękach i spytałam:
- A ty przygotowana na kartkówkę z organów ludzkich?
Popatrzyła na mnie wrogo, po czym teatralnie przewróciła oczami.
- Musisz mi o tym przypominać - jęknęła zasłaniając oczy dłonią - Na samą myśl o tym materiale robi mi się niedobrze. 
Razem z Gabrielle zaśmiałyśmy się z jej męczeńskiej miny, a potem niestety musiałam pożegnać się z moimi przyjaciółkami, gdyż wredny dzwonek akurat w tym momencie musiał dać o sobie znać. Pomachałam jeszcze dziewczynom na pożegnanie i przekroczyłam próg sali geograficznej. Rutyną było dla mnie zajmowanie mojego stałego miejsca przy Felixie, więc i tym razem to zrobiłam. Uśmiechnął się do mnie ciepło mrucząc pod nosem ciche „cześć”. 
Doskonale wiedziałam, że mu się podobam. Od jakiegoś czasu starał mi się to jakoś okazać, ale chyba nie miał wystarczająco dużo odwagi, bo zawsze kończyło się tylko na zwykłym lunchu na stołówce. Odwzajemniłam jego uśmiech i delikatnie rozczochrałam mu włosy. 
Punktualnie o ósmej pięćdziesiąt pięć do sali weszła pani Heller. Była niewysoką szatynką o niebieskich oczach, włosy zawsze upinała w luźnego koczka i jako jedyna z nauczycielek miała dobry styl i wyczucie mody. Zasiadła za mahoniowym biurkiem i zmierzyła nas zimnym spojrzeniem za oprawek czerwonych okularów. Ten wzrok oznaczał tylko jedno. Ktoś zostanie odpytany przy tablicy. Przełknęłam głośno ślinę modląc się, żeby nie wypadło na mnie. Oczywiście, że nie nauczyłam się bieżącego materiału, ale przecież impreza u Lee była ważniejsza.
Nerwowo pociągnęłam w dół rękawy mojego sweterka, a serce biło tak mocno jak nigdy dotąd.
- Teraz czas na przyjemności - uśmiechnęła się drwiąco nauczycielka wodząc pomalowanym na granatowo paznokciem po zapisanych kartkach dziennika - Do odpowiedzi poproszę...
Wstrzymałam oddech trzymając kciuki tak mocno, że aż kostki mi zbielały. Felix uspokajająco położył mi dłoń na ramieniu, a potem zaczął bawić się pojedynczą kremową nitką, wystającą z górnej części mojego ubioru. „Dlaczego ona tak zwleka? Chce, żebym zawału dostała?” pomyślałam mrużąc oczy.
-... Felixa Mahone´a.
Odetchnęłam z ulgą, opierając się o krzesło i obserwując jak mój kolega z miną zranionego szczeniaczka kieruje się w stronę biurka. Stanął koło tablicy z założonymi do tyłu rękami i od razu na wstępie wypalił.
- Nic nie umiem.
Pani Heller zmierzyła go lodowatym spojrzeniem i gdyby wzrok mógł zabijać, Felix byłby już dawno martwy. Nauczycielka pokręciła niedowierzająco głową wpisując do dziennika ocenę niedostateczną.
- Mahone - powiedziała stanowczym tonem - To już twoja piąta jedynka z geografii. Jeżeli zdarzy ci się dostać jeszcze jedną negatywną ocenę, sprawa wyląduje u dyrektora na biurku. Zrozumiano?
Brunet pokręcił twierdząco głową i z powrotem wylądował na krześle obok mnie, nerwowo roztrzepując włosy. Heller zatrzasnęła dziennik i stanęła na środku klasy, tupiąc głośno obcasem.
- Dzisiaj podzielę was na dwuosobowe grupy. Każda drużyna dostanie temat, na który napisze sześciostronny referat. Czas oddania macie do środy za dwa tygodnie, czyli za dokładnie piętnaście dni. Myślę, że tyle wam wystarczy.
Po klasie rozległ się szum szeptanych rozmów. Każdy starał się dobrać sobie partnera. Nauczycielka stanowczo wszystkich uciszyła.
- Proszę o ciszę! - krzyknęła swoim tubalnym głosem. Od razu zapanował spokój, przerywany jedynie naszymi oddechami. - Dziękuję. A dopiero teraz możecie dobrać się w pary.
Jakież było moje zdziwienie, gdy Felix zamiast mnie, wybrał Louisa. Poczułam się urażona i w jakiś sposób zazdrosna o bruneta. Zaczęłam się rozglądać za odpowiednią parą dla siebie, ale jak na złość wszyscy których lubiłam już sobie kogoś znaleźli. Po chwili każdy już miał parę oprócz mnie. Stałam na środku między ławkami bezradnie gapiąc się na uczniów. Nie uszło to uwadze zawsze czujnej i mającej oczy dookoła głowy nauczycielce od geografii.
- Izabello widzę, że nie masz pary. W związku z tym przydzielam cię do Harry´ego.
Heller popchała delikatnie chłopaka w moją stronę i w tym samym czasie cała klasa wybuchnęła gromkim śmiechem. Ja sama zrobiłam się czerwona ze złości widząc jak zostałam poniżona na oczach szkolnej elity.
- Nie będę z nim robić projektu! Na pewno nie z tym głupim, zasranym kujonem! - krzyknęłam gniewnie, mrużąc oczy. 
Od razu w sali zapadła przeraźliwa cisza. Nauczycielka zrobiła zdziwioną minę i po chwili usłyszałam ciche szlochanie. Spojrzałam w bok i zauważyłam Harry´ego, który ukrył twarz w dłoniach i odwracając się na pięcie wybiegł z sali. Stanęłam jak wryta zresztą tak jak cała reszta klasy. Nikt nie mógł wykonać żadnego ruchu, wszyscy byliśmy sparaliżowani. 
Po chwili za drzwiami zniknął również Liam.
- Idę go poszukać! - krzyknął jeszcze na odchodne zanim pobiegł szkolnym korytarzem. Zrobiło mi się głupio. W pewnym stopniu wstydziłam się słów, które powiedziałam. Ale przecież nikt nie nakazywał mi lubić Styles´a. Żadna osoba, no może prócz Liama i innych kujonów, nie darzyła Harry´ego sympatią, więc czym miałam się przejmować? Tym, że zraniłam serduszko małego kujonka? 
Cicho zaśmiałam się pod nosem i wszyscy z powrotem usiedliśmy na swoich krzesłach. Nauczycielka zaczęła cicho kontynuować lekcję, a ja zatraciłam się w swoich myślach. Co czuł Harry w tym momencie? Ale tak właściwie to po co ja o tym myślałam?


OD AUTORKI: Hej! Witajcie po dość długiej przerwie :) Tak więc mamy już drugi rozdział z perspektywy głównej bohaterki. Kolejne będą pisane już w narracji trzecioosobowej. Kiedy następny? To zależy tylko i wyłącznie od was i waszego komentowania. Ucieszyłabym się, gdybyście pomogli mi rozgłośnić bloga. Możecie spodziewać się też niedługo jakiegoś dodatku w formie imagina. Dziękuję wam za wszystko, zapraszam do odwiedzania zakładek i życzę miłego wyczekiwania na następny rozdział. Wasza Camille xx

poniedziałek, 9 września 2013

Rozdział 1 - "Oj Hazzy"



HARRY


Spokojnie opuściłem szkolny, żółty autobus i zdążyłem jeszcze pomachać na pożegnanie Fabianowi, naszemu kierowcy. Gdy stanąłem na chodniku, nerwowo poprawiłem czarny plecak na ramieniu i ruszyłem w stronę Casisdy High School.
Był to ogromny budynek w kolorze kremowym oraz z niewielkimi akcentami czerwieni. Otaczał go solidny, kamienny mur, a pośród zielonej trawy rosły przeróżne, kolorowe kwiaty i stare jodły oraz świerki. Casisdy High School posiadało część główną oraz dwie części boczne: skrzydło lewe i skrzydło prawe, a także stołówkę i ogromną salę gimnastyczną, gdzie odbywały się treningi naszych koszykarzy. 
Szedłem ścieżką wyłożoną kostką brukową i w końcu, gdy wyszedłem po marmurowych schodach, znalazłem się w środku. Było tu bardzo tłoczno. Uczniowie często przepychali się łokciami, żeby móc przejść przez zaludniony korytarz. Ja sam skierowałem się w stronę mojej własnej, niebieskiej szafki stojącej przy samym wejściu i wpisałem kod odblokowujący drzwiczki.
Moja szafka niczym się nie wyróżniała. Nie miała ponaklejanych żadnych naklejek i plakatów, ale była zupełnie czysta. Wepchałem plecak do środka między książki i już chciałem odejść z materiałami potrzebnymi mi do mojej pierwszej lekcji, czyli historii, gdy usłyszałem tak dobrze znany i znienawidzony przeze mnie głos.
- Kogo my tu mamy? Ty bez swoich kujońskich koleżków z kółka matematycznego?
Przełknąłem nerwowo ślinę, odwracając się i napotykając drwiące spojrzenie Lucasa.
Lucas Bartney był głównym kapitanem drużyny koszykarskiej naszej szkoły. Mierzył metr dziewięćdziesiąt, a ja o dziesięć centymetrów mniej, dlatego zawsze patrzył na mnie z góry. Był niezwykle umięśniony, co było zasługą wieloletnich treningów na siłowni, miał postawione na żelu czarne włosy i piwne oczy. Każdy w szkole się go bał, nawet wiecznie nie odstępująca go świta czyli Daniel, Felix i Oliver zawodnicy koszykówki, a także jego dziewczyna, która była cheerleaderką czyli szkolna piękność Gabrielle. Bartney miał też najlepszego przyjaciela Louisa, który na szczęście nie chodził za nim jak rasowy piesek na smyczy.
- Czego chcesz? - spytałem drżącym głosem, pocierając trzęsące się dłonie. 
Bartney odkąd pamiętam uprzykrzał mi życie. Spytacie pewnie dlaczego. Otóż uznawano mnie za szkolnego kujona. Było tak w podstawówce, gimnazjum i było też i teraz. Faktycznie wyglądałem jak typowy kujon i zachowywałem się jak kujon. Kasztanowe włosy były naturalnie kręcone, ale takich ich nie lubiłem, więc je prostowałem i idealnie układałem. Na nosie miałem duże okulary z czarną oprawką, nosiłem eleganckie spodnie, krawat, białą koszulę i codziennie inny sweterek, których miałem pełno w szafie. Moim najlepszym przyjacielem był kalkulator, a także chłopaki, z którymi chodziłem na kółko matematyczne. Uwielbiałem się uczyć. To była moja pasja i w przyszłości chciałem zostać sławnym naukowcem. Niektórym osobom, czyli w moim przypadku większej części szkoły, nie podobały się moje naukowe zainteresowania. Byłem wyszydzany, wytykany palcami i obgadywany za plecami. Stawałem się pomocny tylko wtedy, kiedy trzeba było odpisać jakieś zadanie domowe, lub podać prawidłowe odpowiedzi podczas pisania sprawdzianu. Byłem raczej cichy, skryty w sobie i nieśmiały, a także nie za bardzo asertywny. Nie umiałem powiedzieć „nie”. Dawałem sobą poniewierać i nigdy nie odmówiłem tym, którzy prosili o „kujońską” pomoc. Wiele razy starałem się coś zmienić w moim wyglądzie, ale zawsze tchórzyłem nie mając odwagi na nowy image. Moja mama często mówiła, żebym się tym nie przejmował, bo kiedyś będę o wiele bardziej znany i będę mieć lepsze życie, niż ci wszyscy, którzy mnie nie lubią. Chciałem tak myśleć, ale ciągłe dogryzanie ze strony Lucasa, jego kumpli i reszty szkoły, powoli sprawiało, że czasem miałem ochotę wynieść się z tej placówki.
- To już nie można pogadać ze swoim kolegą? - zadrwił.
- Nie jestem twoim kolegą - powiedziałem, starając się unikać jego pewnego siebie spojrzenia.
- Hazzy, weź wyluzuj - na dźwięk tego zdrobnienia, którego używał Bartney, momentalnie się skrzywiłem. Nienawidziłem, jak mnie tak nazywał. - A tak poza tym, fajne masz okulary.
Zamachnął się i szybkim ruchem ściągnął mi je z nosa, po czym zaczął podrzucać je do góry.Poczułem dziwny ucisk w żołądku. Ręce zaczęły się trząść i pocić. Przecież w każdym momencie moje okulary mogły spaść, szkło rozbić na małe kawałeczki, a ja miałbym nie małe kłopoty, choć nie wykryto u mnie aż tak wielkiej wady wzroku.
- Oddaj - powiedziałem cicho, starając się odebrać mu moją własność, jednak ten uniósł je jeszcze wyżej, przez co nawet stając na palcach nie mogłem ich dosięgnąć. Poczułem jak w moich oczach zbierają się łzy, gdy cała jego świta zaczęła rechotać w najlepsze mówiąc, jakim to jestem kretynem i ciamajdą.
- Oj, Hazzy. Chyba będziesz zaraz płakał, co? Pójdziesz poskarżyć się dyrektorkowi?
Przysunął się bliżej mnie i powiedział coś, co było przeznaczone tylko i wyłącznie dla moich uszu.
- Ale nie radziłbym ci, bo inaczej zgniotę wszystkie twoje marne kosteczki i obrócę je w drobny maczek.
Westchnąłem cicho, nerwowo poprawiając mój brązowy sweterek. Oddech mi świszczał, a nogi robiły się jak z waty. „Niech ten koszmar się już skończy” błagałem w myślach, śledząc wzrokiem jak Lucas rzuca moje okulary Oliverowi. Ten nałożył je na nos i zaczął mówić piskliwym głosikiem, robiąc przy tym różne dziwne pozy.
- Patrzcie. Nazywam się Harry Styles. Jestem szkolnym kujonkiem. Nie mam żadnych przyjaciół i żadna dziewczyna mnie nigdy nie zechce. Umiem tylko się uczyć, a poza tym jestem totalną życiową ofermą.
Oliver wzbudził gigantyczne zainteresowanie i cały szkolny korytarz w najlepsze się ze mnie śmiał. Czułem się okropnie. W mojej głowie przez cały czas huczały drwiące słowa całej szkoły. Ukryłem twarz w dłoniach usilnie próbując się nie rozpłakać.Wybawieniem okazał się dyrektor tej placówki.
- Co tu się dzieje? Rozejść się! Rozejść! Już! Wszyscy do swoich klas, bo jak nie zostaniecie dwie godziny w kozie! - starał się rozdzielić tłum. Oliver pośpiesznym ruchem włożył mi moje okulary w dłonie, gdy dyrektor skierował się w naszą stronę.
- Co tu się stało? - spytał Harvey, mierząc każdego z nas uważnym spojrzeniem. Chciałem wykrzyczeć mu wszystko zgodnie z prawdą, ale gdy oni stali obok, darowałem sobie to całe kazanie. Lucas objął mnie ramieniem, przyciągając do siebie. Wzdrygnąłem się, gdy to zrobił.
- Nic proszę pana - uśmiechnął się Bartney ukazując idealnie proste, białe zęby - Po prostu naszemu koledze - tu mocniej mnie ścisnął, przez co zabrakło mi powietrza - spadły okulary i Felix był taki miły, że podał je naszemu Harry´emu. I to cała sytuacja - znowu sztuczny uśmiech wdarł się na jego usta. 
Szturchnął mnie mocno dając mi znak, żebym potwierdził jego wersję wydarzeń. Przez chwilę jeszcze się wahałem, ale w końcu dałem za wygraną.
- To prawda proszę pana. Lucas ma rację - starałem się brzmieć przekonująco.
- Hmmm... Dobrze - mężczyzna był trochę podejrzliwy - Możecie się rozejść.
Lucas odchodząc szepnął mi jeszcze na ucho.
- Do zobaczenia później Hazzy.
Potem zniknął wraz ze swoją świtą.Nałożyłem okulary z powrotem i otarłem czoło z potu, przy okazji poprawiając niesforne kosmyki włosów. Ułożyłem książki i zeszyt na ramieniu i skierowałem się powolnym krokiem w stronę sali historycznej, gdyż właśnie zadzwonił dzwonek zwiastujący początek lekcji. 
Otarłem wierzchem dłoni załzawione oczy i przekroczyłem próg sali lekcyjnej. Wszystkie oczy znajdujących się tam osób skierowały się na mnie. Mogłem się założyć, że na moich policzkach pojawiły się gigantycznych rozmiarów rumieńce. Usłyszałem ciche chichoty dziewczyn siedzących w środkowym rzędzie i od razu wiedziałem, że śmieją się ze mnie. Rozglądnąłem się po całej klasie szukając odpowiedniego miejsca dla siebie. Miałem wybór: usiąść obok jednej z roześmianych dziewczyn, czyli Felicity, obok Richa zawodnika koszykówki lub Liama, najlepszego tancerza w naszej szkole. Ostatecznie wybrałem tę ostatnią opcję i dosiadłem się do niego, powoli odsuwając wolne krzesło.
- Cześć - powiedziałem cicho, układając swoje rzeczy na drewnianym blacie ławki. Payne uśmiechnął się do mnie.
- Cześć Harry - odparł, mierząc mnie wzrokiem. - Przygotowany na sprawdzian? - dodał. 
Twierdząco pokiwałem głową. Jakoś nie miałem ochoty z nikim rozmawiać, nawet jeśli szatyn starał się być dla mnie choć trochę miły.
- To dobrze, bo ja nie za bardzo. Mój trening wczoraj się trochę przedłużył i wróciłem późno wieczorem totalnie wykończony. A ty co robiłeś?
Liam miał niesamowity talent do tańczenia i wykorzystywał go jak najlepiej umiał. Jego pasją był taniec towarzyski, a także współczesny. Był znany w całej szkole i wszyscy go podziwiali. Nawet Lucas darzył go szacunkiem, co zdarzało się w przypadku Bartney´a bardzo rzadko. Gdy usłyszałem słowa Payne´a momentalnie posmutniałem. Na samym początku wydawało mi się, że Liam naprawdę choć trochę mnie polubił, ale teraz wszystko wskazywało na to, że chce tylko podpowiedzi na teście. Spuściłem głowę, kreśląc jakieś ślaczki w zielonym notatniku.
- Nie odpowiesz? - szatyn przysunął się bliżej mnie posyłając mi kuksańca w żebra. Ale zrobił to chyba za mocno, gdyż krzywiąc się cicho jęknąłem.
- Przepraszam. Ja...
- Panowie Payne i Styles. Umówicie się na kawę i porozmawiacie sobie po lekcji.
Głos profesora Neymar´a przywrócił nas do rzeczywistości. Cała klasa zachichotała. Liam szybko odsunął się ode mnie i zaczął nerwowo bawić się końcówką czarnego, żelowego długopisu, a ja zacząłem pocierać kciukiem swoją dłoń. To pomagało mi się odstresować, zwłaszcza wtedy, kiedy byłem w centrum uwagi, czego szczerze nienawidziłem. Profesor zmierzył nas jeszcze jednym badawczym spojrzeniem, po czym otworzył granatowy dziennik i i jak zawsze zaczął sprawdzać obecność. Potem podniósł się z krzesła i kazał nam wyciągnąć długopisy. Na każdej ławce ułożył po dwie białe kartki i pozwolił zacząć pisanie, oznajmiając jeszcze, że mamy na to trzydzieści minut. Wszystkie zadania na sprawdzianie były dziecinnie łatwe i nie zajęły mi dużo czasu. 
Już po chwili mój test leżał wygodnie w samym rogu ławki, a ja opierałem się o oparcie krzesła. W sali panowała cisza. Było słychać jedynie odgłosy piszących długopisów i miarowe tykanie wskazówek czerwonego zegara. 
Nagle ktoś delikatnie potrząsnął moim ramieniem. Powoli otworzyłem jedno oko, stopniowo powtarzając tą samą czynność z drugim. Zauważyłem, że Liam jest lekko pochylony w moją stronę.
- Psst Harry... - szepnął, oglądając się za siebie i upewniając, że nauczyciel wciąż stoi odwrócony do niego plecami - Którą odpowiedź trzeba zaznaczyć w dwudziestym trzecim pytaniu? - spytał, patrząc przez lewe ramię do tyłu.
Chciałem choć raz postawić na swoim i nie udowadniać, że zawsze wszystkim ulegam i nie mam swojego zdania. Pokręciłem więc przecząco głową, chowając niebieski długopis do małego, jeansowego piórniczka.
- Ej no weź. Przez ciebie dostanę dwóję - jęknął błagalnie, wbijając we mnie te swoje brązowe paczydła. Gdy tak na niego patrzyłem, przypominał mi małego zbitego psa, który naprawdę potrzebuje pomocy. W środku toczyłem ze sobą zawziętą bitwę. Jedna strona mówiła, że jako dobry kolega powinienem pomóc Liamowi dostać dobrą ocenę, zaś druga kategorycznie tego zakazywała informując mnie, że mogę zostać przyłapany na podpowiadaniu i odsiadywać karę w szkolnej kozie patrząc jak pani Heller maluje paznokcie i czyta jakieś babskie pisemka. Sama myśl o tym drugim powodowała u mnie mdłości.
- Nie jesteś dobrym kolegą - burknął Payne odsuwając się ode mnie i wracając do rysowania trampków w rogu swojej kartki. Coś chwyciło mnie za serce. Kolejna osoba, która mnie nie lubi. A przecież nie zrobiłem nic złego, bo ściąganie było nieodpowiednie. W końcu szybko powiedziałem na jednym tchu.
- Zaznacz czwartą.
Liam uniósł obie brwi do góry nie wierząc w to, co usłyszał, więc powtórzyłem jeszcze raz, którą odpowiedź ma zaznaczyć. Szatyn ochoczo wykonał moje polecenie dokładnie w tym momencie, gdy profesor oznajmił nam, że czas pisania dobiegł końca. Odetchnąłem głęboko, poprawiłem okulary i w duchu cieszyłem się, że nikt nie przyłapał mnie na gorącym uczynku. Teraz w spokoju mogłem słuchać wykładu na temat krzyżaków przez ostatnie minuty lekcji historii...



OD AUTORKI: Tak wiec dodałam pierwszy rozdział. Na razie jest to takie wprowadzenie, poznawanie głównego bohatera i jego życia. Mam nadzieję, że opowiadanie się wam spodoba i że zdobęde jakiś komentujących czytelników. Do zobaczenia w rozdziale drugim :) Have a nice day xx