sobota, 29 marca 2014

Rozdział 14 Część 2 - "Nie chciał być sam... Tak bardzo nie chciał być sam..."


~*~

 (dedykacja dla Igii) 
ZAKTUALIZOWANA ZAKŁADKA "BOHATEROWIE"


 - Harry, mogę wejść?
Cichy głos Liama zabrzmiał po drugiej stronie drzwi i jakoś powoli przedarł się do jego umysłu. Harry poruszył się nieznacznie, odsuwając głowę od poduszki, na której ułożył teraz jedynie lewy policzek i niepewnie spojrzał w stronę drewnianej powierzchni. Wahał się jeszcze przez chwilę, ale gdy poraz kolejny usłyszał donośne pukanie, powiedział ledwo dosłyszalnie:
- Wejdź.
Drzwi uchyliły się nieznacznie i w małej szparze pojawiła się twarz Liama. Chłopak wyglądał na niezwykle zatroskanego, w jego oczach widniały smutne iskierki, a usta ściągnęły się w grymasie niezadowolenia, gdy zauważył w jakim stanie znajdował się jego przyjaciel. 
Wszedł głębiej, przy okazji odkładając coś na biurko i rozglądając się dookoła, a po chwili milczenia jego wzrok spoczął na Harry´m, który leżał zwinięty w kłębek na swoim łóżku, zawinięty w pasiasty koc aż po samą szyję i patrzył nieobecnym wzrokiem w bliżej nieokreślony punkt. 
Jego oczy były takie smutne, tak przepełnione bólem i poczuciem winy, że gdy zetknęły się z tęczówkami Liama, Payne się przeraził.
Wiedział, że Harry jest bardzo wrażliwy emocjonalnie, że jakaś przykra sytuacja może spowodować większe szkody psychiczne niż u innych ludzi, ale jeszcze nigdy nie widział swojego przyjaciela tak wyniszczonego i tak nieobecnego. 


„Wygląda jak kłębek nieszczęść”.

Liam zbliżył się niepewnie do łóżka Harry´ego i powoli usadowił się na wymiętej pościeli, a materac ugiął się pod jego ciężarem z charakterystycznym skrzypnięciem. Wciągnął głęboko powietrze do płuc zastanawiając się, co tak właściwie mógłby powiedzieć brunetowi na pocieszenie, bo zwykłe „Wszystko będzie dobrze” na pewno byłoby w tej chwili nieodpowiednie. 
Zerknął na twarz Harry´ego, który teraz przymknął powieki i Liam cieszył się, że nie widzi jego „bolesnych” oczu. 
Jego przyjaciel wyglądał naprawdę okropnie. Włosy miał nieułożone, rozrzucone po całej poduszce, oczy podkrążone, usta sine i spękane, a nawet wydawał się być jakiś chudszy i bardziej wątły. Chyba potwierdzała się teza, że Harry i Emma są ze sobą złączeni, a brak jednej połówki powoduje powolne wyniszczanie tej drugiej, bo Styles naprawdę wyglądał, jakby miał zaraz wyzionąć ducha.
- Jak się czujesz? - zapytał cicho Liam, bawiąc się materiałem swojej czarnej koszulki i co chwilę poprawiając włosy dłonią. Harry otworzył oczy, ale nie popatrzył na przyjaciela. Wciąż wpatrywał się w jeden, tylko sobie wiadomy, punkt.
- A jak mam się czuć? - odpowiedział cicho i jego słowa zawisły między nimi dwoma, odbijając się echem w głowie Liama, który spoliczkował się w myślach za swoją głupotę.
- Jasne, to rzeczywiście nie było dobre pytanie - odparł szatyn, chwytając w dłonie szorstki materiał koca. - Przepraszam.
Harry tylko delikatnie skinął głową i cisza powróciła na nowo. Tym razem nie trwała jednak długo.
- Jadłeś coś? - kolejne pytanie padło z ust Liama, gdy chłopak zauważył na szafce nocnej nietknięte tosty i kubek, w którym na pewno znajdowała się zimna herbata. Ten widok bardzo go zmartwił. Harry tylko pokręcił głową i odparł:
- Dzisiaj jeszcze nie.
Liam popatrzył na zegarek wiszący nad łóżkiem i skrzywił się, widząc jaką godzinę wskazują wskazówki.
- Jest już piąta - powiedział, wracając spojrzeniem na Harry´ego. - Głodzisz się. Musisz coś w siebie wcisnąć.
- Nie jestem głodny. - Głos Harry´ego poraz pierwszy od wejścia Liama zabrzmiał mocno i stanowczo. Payne zatrzymał się w połowie drogi do klamki.
- Nie możesz tak po prostu nie jeść! - oburzył się Liam i po chwili wrócił z kuchni niosąc na talerzu jakieś kanapki. Postawił je przed Harry´m.
- Wstawaj - rozkazał, ściągając z niego pasiasty koc i rzucając go na krzesło. Harry ani drgnął. Biała koszulka wisiała na jego torsie niczym ogromny worek na ziemniaki.
- Zostaw mnie - powiedział cicho Loczek, nakrywając głowę poduszką.
- O nie, nie teraz - odparł Liam, wyrywając mu przedmiot z rąk. - Jestem twoim przyjacielem i moim obowiązkiem jest doprowadzić cię do porządku.
- Nie odpuścisz, prawda? - spytał Harry siadając i podciągając kolana pod brodę. Był taki blady...
- Nie, a w razie czego zawołam twoją mamę do pomocy, żeby...
- Nie wołaj jej - przerwał mu Harry. - Nie chcę, żeby przychodziła... - chwycił w dłonie jedną z kanapek i zaczął powoli ją konsumować. Liam zauważył, że gdy tylko wspomniał o rodzicielce Styles´a, humor Harry´ego - jeżeli to w ogóle możliwe - pogorszył się jeszcze bardziej.
- A odnośnie twojej matki... - Liam podniósł się z łóżka i podszedł do biurka. Wziął z niego wcześniej odłożoną rzecz i gdy tylko Harry skończył jeść, odebrał od niego pusty talerz, wkładając mu w dłonie jakiś kwadratowy przedmiot, oprawiony w granatową okładkę. Litery, które zdobiły pierwszą stronę były już lekko zdarte, a zatem i napisy stały się nieczytelne. 
Styles zmierzył Liama niepewnym wzrokiem.
- Co to j...
- Twoja mama kazała ci to przekazać. Dodała też, że to ważne - Payne stanął w otwartych drzwiach i ostatni raz spojrzał na bruneta. - To bardziej osobista rzecz, więc ja już pójdę. Mam nadzieję, że jutro choć trochę się ogarniesz. Wiem, że przeżywasz trudne chwile, ale musisz sobie jakoś dać z tym radę. Ja ci w tym pomogę. Przejdziemy przez to razem, ok?
Harry skinął głową i Liam z nikłym uśmiechem zniknął za drzwiami, a brunet znowu poczuł się taki samotny. W jego głowie momentalnie zaczęły na nowo rodzić się wyrzuty sumienia, poczucie winy kołatało do jego myśli, obraz porywanej Emmy spowodował zatrzymanie oddychania.

Winny... Winny... To ty jesteś winny... Tylko ty... Winny...

Oskarżające słowa pojawiły się znikąd, atakując z każdej możliwej strony. Chciał krzyczeć, ale coś mu nie pozwalało. 

Nie chciał być sam... Tak bardzo nie chciał być sam... Emma, gdzie jesteś... Dotknij mnie... Przytul mnie... Uśmiechnij się do mnie... Pocałuj mnie... Kochaj mnie... Emma...

Już prawie myślał, że nie wytrzyma i że nadmiar skumulowanych uczuć spowoduje utratę przytomności, gdy nagle zauważył pozostawiony na łóżku album przyniesiony przez Liama. Ciekawość i chęć odkrycia zawartości przedmiotu zawładnęły nad tajemniczymi głosami i Harry mógł odetchnąć z ulgą. 
Już było dobrze. 
Już się nie krztusił. 
Ale znowu był sam.
Z powrotem usadowił się na materacu i chwycił w dłonie album. Przejechał palcami po wgłębieniach, które pozostały po literach, zastanawiając się, co kiedyś mogło być tam napisane. Okładka była miękka w dotyku, wręcz aksamitna. Taka inna od materiału koca, który ściskał dłoniach przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny tak, że aż pobielały mu knykcie.
Harry, nie chcąc czekać już dłużej, niepewnie uchylił okładkę. Pierwsza strona była lekko żółtawa, lecz niestety pusta, więc strach, który zawładnął jego sercem, jeszcze nie znalazł ujścia. 
Zdecydował się na kolejne przewrócenie kartki i jego oczom ukazał się napis, wykaligrafowany piękną czcionką, z delikatnymi zawijasami.

ANNE I ANTHONY STYLES. DATA ŚLUBU: 18.05.1996

Wciągnął gwałtownie powietrze. Album ślubny jego rodziców. To musiał być ten album.

„Nareszcie zobaczę tatę...”.

Nie wahał się dłużej. Szybko obrócił kolejną kartkę i prawie się nie rozpłakał, widząc mężczyznę na fotografii.Jego tata był bardzo wysoki i umięśniony. 
Ze zdjęcia spoglądała na niego młoda twarz, na której widniał ogromny uśmiech, żywe jasnozielone oczy i kasztanowe włosy. Anthony był tak podobny do niego. Wręcz można by powiedzieć, że taki sam. Dołeczki były idealnie widoczne i pokrywały się z tymi, jakie odziedziczył Harry. Nawet postawa, w jakiej go sfotografowano, przypominała te, w których zazwyczaj szesnastolatek był uwieczniany na zdjęciach.
Jego rodzice wyglądali na takich szczęśliwych, tak bardzo w sobie zakochanych, że żar tej miłość można było zauważyć w ich wpatrzonych w siebie tęczówkach. 

„Co musiało się stać, że tata nas zostawił?”.

Z pewnym bólem w sercu oglądnął album do samego końca, ale po pewnym czasie ten ból zniknął. Wyciągnął z przeźroczystej folii zdjęcie przedstawiające wyłącznie jego tatę i pogładził kciukiem jego szczęśliwą twarz. 

„Ciekawe jak wygląda teraz...”.

Harry włożył fotografię pod poduszkę i mocno wtulił się w białą poszewkę. Zasypiał powoli, ale świadomość, że ma jakąś cząstkę ojca przy sobie, zapewniła mu pewien spokój i na chwilę zapomniał o wszystkich zmartwieniach i dręczących go problemach.

„Już nie jestem sam...”.


~*~


   Czekanie na Zayna było istną mordęgą. Mimo, że zbliżała się połowa kwietnia, dzisiejszy dzień nie należał do najcieplejszych. 
Niall dmuchnął parę razy w zziębnięte ręce i gdy poraz kolejny sprawdził godzinę na ekranie swojego telefonu, czym prędzej schował je do kieszeni kurtki. W myślach złościł się na siebie i swoją głupotę, bo zamiast słuchać matki zdał się na siebie i nie zabrał rękawiczek.
   Zerknął w stronę skrzyżowania, ale prócz jakiejś pani z psem i chłopaka na rowerze nie zauważył nikogo. Zayna nie było już od dwudziestu minut i nie zapowiadało się na to, by chłopak miał się zaraz pojawić.
   Tak właściwie to Niall nie wiedział nic o Zaynie, a mimo to uważał go za najlepszego przyjaciela. Świetnie się dogadywali, a poza tym Malik rozumiał go jak nikt inny. Po nieustannych kłótniach z rodzicami, miło było się komuś zwierzyć, mając pewność, że druga osoba nie nakrzyczy na ciebie, gdy wyrazisz swoje zdanie.
Jedyne, co zdziwiło blondyna to to, że gdy chciał podejść pod dom przyjaciela, Zayn zaczął nerwowo protestować. Malik był już kilka razy gościem u Horanów, ale swojego mieszkania nie pokazał Niallowi nigdy. Sam blondyn nie protestował. Skoro tak było lepiej... 
   W końcu, gdy zegar na ratuszu wybił szóstą, zza zakrętu wyszedł Zayn, machając do Nialla z pewnej odległości. Blondyn odetchnął z ulgą widząc przyjaciela, bo to oznaczało, że jego dłonie mogły się w końcu spokojnie ogrzać. Oczywiście po należytym przywitaniu z Malikiem.
- Spóźniłeś się - zachichotał Niall, gdy szli obok siebie, co chwilę stykając się ramionami. - Jeszcze chwila i odpadłyby mi palce.
Zayn zerknął na niego spod materiału czarnego kaptura, z niemymi przeprosinami widocznymi w oczach.
- Przepraszam, nie chciałem żeby tak wyszło.
Spuścił głowę i Niallowi zaczęło się wydawać, że mulat stara się unikać jego spojrzenia. Widać było, że jest strasznie tajemniczy i odpowiada zdawkowo, ale blondyn nie miał pojęcia, co mogło być tego wszystkiego przyczyną. Jeszcze wczoraj Zayn był taki radosny, gdy Niall uczył go jeździć na deskorolce.
- Coś cię zatrzymało?
Zayn spojrzał na niego kątem oka. Był tak zamyślony, że dopiero teraz dotarło do niego, że Niall o coś spytał.
- Co? - zająknął się zdezorientowany i powrócił wzrokiem na swoje chude palce.

 „Oby Niall niczego nie zauważył...”.

- Pytałem tylko o powód twojego spóźnienia - blondyn wzruszył ramionami i popatrzył w górę, gdzie na niebie zaczęły gromadzić się ciemne chmury, co nie oznaczało dobrej pogody. Westchnął i powrócił wzrokiem na Zayna, który coś nie spieszył się z odpowiedzią.
- Wszystko w porządku? - dodał Niall, ale Zayn jeszcze bardziej się skulił. - Wiesz, że możesz mi o wszystkim...
Jego wypowiedź przerwał mężczyzna, który niespodziewanie znalazł się przed nimi. Niall stwierdził nawet, że dosłownie wyrósł spod ziemi. 
- Coś się stało? - zwrócił się jego kierunku blondyn, zapominając na chwilę o rozmowie z Zaynem, który cofnął się o jeden krok do tyłu. - Mogę w czymś pomóc?
Nieznajomy, który był całkowicie odziany w czerń, a na nosie miał ciemne okulary, choć w ogóle nie było widać słońca, zaczął nerwowo szukać czegoś w kieszeni i po krótkiej chwili wyjął z niej jakąś komórkę. Wystukał coś szybko na klawiaturze i podetknął Niallowi telefon pod nos.
- Znasz go? - spytał tubalnym głosem. Była w nim pewna groźna nuta, która przeraziła Horana. 
Blondyn niepewnie zerknął na wyświetlacz i jego oczom ukazał się chłopak z kasztanowymi lokami, zielonymi oczami i dołeczkami w policzkach. Niall go znał i to nawet dobrze. Zayn często opowiadał mu o tym chłopaku, kiedy wracał od niego z korepetycji. Ale coś w postawie tego mężczyzny wzbudziło w blondynie mocne podejrzenia. Ten typ nie wyglądał na normalnego. Wręcz wyzierało z niego niebezpieczeństwo i choć Niall nie widział jego oczu, to mógł przysiąc, że czaiła się w nich groźba.
Horan lubił Harry´ego. Poznał go, gdy kiedyś pojechał odwiedzić swoich kolegów, którzy chodzili do innej szkoły. Styles był sympatyczny, miły i przyjazny. Niall nie chciał dla niego źle, więc postanowił zaryzykować.
- Nie znam chłopaka - powiedział od niechcenia, wkładając ręce w kieszenie spodni. - Nie chodzę do szkoły w tym mieście.
- A ty? - tajemniczy typ zwrócił telefon w stronę Zayna. - Rozpoznajesz go?
Niall zaczął pokazywać na migi, by Malik zaprzeczył, więc gdy przyjaciel dostosował się do jego rady, a nieznajomy odszedł w stronę grupki uczniów siedzących na ławce w parku, mógł odetchnąć z ulgą.
- Kto to był? - spytał, gdy razem z mulatem kontynuowali wędrówkę. - Wyglądał podejrzanie. Ktoś taki chyba nie chodzi tak po prostu po ulicy.
Zayn jedynie przytaknął.
- Nic mi nie powiesz? - dodał Niall, patrząc na kopiącego kamyki przyjaciela, ale gdy i tym razem nie dostał odpowiedzi, stanął w miejscu. Mulat popatrzył na niego z niezrozumieniem.
- Mieliśmy być ze sobą szczerzy, prawda? - powiedział z wyrzutem Horan, zbliżając się na krok w stronę przyjaciela. - Ja powiedziałem ci o wszystkim. O moich problemach z rodzicami, o pasji artystycznej, o tym, że boję się ciemności i zawsze zasypiam z zapaloną lampką, a nawet o tym, że jestem cholernie zakochany w dziewczynie, na którą wpadłem podczas jazdy na rowerze! Dlaczego więc ty jesteś tak zamknięty na mnie, co? Czemu nie chcesz mi powiedzieć? - podszedł jeszcze bliżej. Znajdował się na wyciągnięcie ręki od klatki piersiowej mulata. - Pozwól sobie pomóc, Zayn. - Dzieliły ich już teraz nikłe centymetry.
- Kiedy ja nie potrzebuję pomocy - burknął pod nosem Malik. - Świetnie dam sobie radę SAM.
Ostatnie słowa Zayna szczególnie zabolały Nialla, zwłaszcza, że naprawdę sądził, że w końcu znalazł osobę, która jest wobec niego szczera i której można zaufać. Zacisnął usta w cienką linię i spojrzał z żalem prosto w czekoladowe oczy mulata.
- Nie mogę uwierzyć, że aż tak się pomyliłem - syknął i nagle mocno chwycił Zayna za ramiona. - Dlaczego mi to robisz, Zayn?
I wtedy rękawy czarnej kurtki jego przyjaciela podwinęły się do góry, a Niall zamarł. 
Zayn czym prędzej chciał je zasunąć, ale było już za późno.
Blondyn przełknął ślinę, widząc ciągnące się od nadgarstka i znikające wyżej pasmo ciemnofioletowych siniaków. Niektóre na pewno były jeszcze świeże. 
Dzisiejsze.
Niall spojrzał z obawą w przerażone tęczówki Zayna.
- Mogę wiedzieć, co to jest?


~*~


   Słońce zachodziło bardzo powoli. Rzucało ostatnie jasne błyski, by po chwili schować się całą ognistą kulą za horyzontem, pozostawiając po sobie ostatnią pomarańczową łunę, która jeszcze na chwilę dawała światło, by potem pogrążyć cały krajobraz w ciemności, gdzie na niebie było rozrzucone tysiące iskrzących się punkcików.
   Harry zamknął okno i oparł się dłońmi o parapet, mocno zaciskając na nim palce. Zachód słońca nie powinien kojarzyć się z czymś smutnym, ale dzisiaj właśnie taki był. Przygnębiający, wzmagający tęsknotę... Przywołujący tyle wspomnień...


„Nie płacz kochanie. Jestem koło ciebie, zawsze będę. Przepraszam, że się nie odzywam, ale ja pamiętam. Nie płacz! Kocham cię tak mocno, jak ty kochasz mnie. Zastanawiasz się, gdzie teraz jestem? Jestem koło ciebie. Gdybym tylko mógł, przytuliłbym cię. I już nigdy nie puścił. Gdybym tylko mógł...”.

Zacisnął powieki, by łzy nie popłynęły swobodnie po jego policzkach. Policja szukała Emmy już od czterech dni i wciąż nie wpadła na żaden ślad dziewczyny Styles´a. Żaden. Kompletne nic.
    Liam zaoferował swoją pomoc i poprosił jakiegoś swojego kolegę, który był specem od informatyki, by ten zlokalizował położenie telefonu Emmy, ale to mogło trochę potrwać. Zresztą jeżeli porywacze byli profesjonalistami i mieli doświadczenie, na pewno pozbyli się telefonu dziewczyny.

„Co ja mam teraz robić?”.

Harry był zły na siebie. Przez tyle dni siedział bezczynnie zamknięty w czterech ścianach swojego pokoju i w ogóle nie przykładał się do poszukiwań. Zrzucał winę na wszystkich dookoła, a sam nie był lepszy. Niewiedza odnośnie Emmy go dobijała, wysysała z niego wszystkie siły, które były potrzebne mu do życia. Tęsknił za jej obecnością. Chciał przyciągnąć ją do piersi, zapewnić, że wszystko będzie dobrze, że z wszystkim sobie poradzą, że zawsze będzie tylko i wyłącznie jej, że pozostaną razem do końca. Ale wiedział też, że jeżeli dalej tak będzie, to stoczy się na samo dno. A jeśli Emma się nie odnajdzie... Nie chciał teraz o tym myśleć.
   Nagle w całym pomieszczeniu rozległ się przytłumiony dźwięk dzwonka. Harry odepchnął się od parapetu i czym prędzej rzucił się w stronę łóżka, by jak najszybciej odnaleźć telefon w skłębionym kocu. Chwycił komórkę w ręce i nacisnął zielony przycisk. Jedno zdanie wypowiedziane przez Liama, z powrotem tchnęło w niego życie.
- Znaleźliśmy telefon Emmy.


~*~


- Jesteś pewien, że to on? - spytał Harry, wkładając ręce w kieszenie kurtki. Dość duży obłoczek pary wyleciał z pomiędzy jego ust, gdy wypowiadał poszczególne wyrazy.
Liam skinął głową i gdy tylko mężczyzna, którego śledzili od kilkunastu minut, odwrócił się na chwilę, zaalarmowany jakimś hałasem, czym prędzej chwycił Styles´a za kurtkę i pociągnął go w dół.
- Na sto procent - odparł szeptem, zerkając w górę. - Ma ten telefon przy sobie, dlatego na ekranie u Willa obiekt się przemieszczał. Jeżeli pójdziemy za nim, najprawdopodobniej dotrzemy do Emmy. - Potarł ręce o siebie. - Nie jest ci zimno? - spytał, dmuchając w dłonie, by je ogrzać.
Harry dociągnął metalowy zamek do samej góry, aż po szyję i delikatnie się poruszył. Trząsł się jak galareta, ale gdy tylko usłyszał dobre wieści od Liama, bez namysłu zbiegł po schodach, założył pierwszą lepszą kurtkę porywając ją z wieszaka i wybiegł na dwór, gdy jego matka już spokojnie spała. Nie chciał jej budzić, bo jeszcze nie pozwoliłaby mu wyjść.
Sama myśl o zobaczeniu Emmy, o jej uśmiechniętej twarzy, błyszczących oczach i słonecznych refleksach na jej włosach wypełniła go taką mocą, że zapomniał o wszystkim innym. Myślał tylko o niej, a swoją osobę zepchnął na dalszy plan. Liczyła się tylko Emma.
- Trochę - odszepnął Harry, gdy przemieszczali się razem wzdłuż ścian. - Ale staram się o tym nie myśleć.
Nieznajomy był niezwykle czujny i każdy najmniejszy dźwięk wzbudzał w nim podejrzenia. Był wysoki, krótko obcięty, a na nosie miał ciemne okulary. Chłopcy często gubili go w ciemności, ale zaraz szybko pojawiał się w polu widzenia. Stąpał cicho, wręcz nie wydając żadnych odgłosów i co chwilę wydawało się, że z kimś rozmawia.
   Wcześniej Harry i Liam mogli łatwiej wtopić się w otoczenie, gdy nieznajomy wypytywał o coś przypadkowych przechodniów, ale teraz zagłębili się w jakieś opustoszałe uliczki i musieli wykorzystywać cień, by się ukryć.
Tajemniczy mężczyzna nagłym ruchem skręcił w prawo, a gdy chłopaki podążyli jego śladem, znaleźli się na jakimś placu. Był ogromny, przestrzenny, dookoła zabudowany starymi, chylącymi się ku upadkowi kamieniczkami, ale najgorsze było w nim to, że można było wszystko na nim zobaczyć. Nie było żadnej kryjówki.
   I wtedy Harry dostrzegł jakąś postać na końcu placu. Stał tam jakiś inny mężczyzna, ale bardziej postawny i barczysty. Wyglądał majestatycznie i zdawał się być przywódcą lub kimś jeszcze ważniejszym. Styles wytężył wzrok, by obraz mógł złapać lepszą ostrość i zamarł.
Te dłuższe włosy, szeroko rozstawione ramiona, zieleń dużych oczu, która uwydatniała się pod wpływem znajdującej się nad mężczyzną lampy. I ten niesamowity uśmiech z dwoma dołeczkami, który widział na zdjęciu.

„O mój Boże...”.

- Tata. - To słowo wypadło z jego ust zdecydowanie za szybko i zdecydowanie za głośno. Liam cały się spiął, gdy mężczyzna, którego śledzili, a który nie był teraz nawet w połowie placu, odwrócił się nagle i zatrzymał wzrok na chudziutkim nastolatku z rozwianymi na wietrze włosami i paniką w oczach.
   Harry przełknął ślinę, mierząc się spojrzeniem z nieznajomym, na którego twarzy wymalował się triumf. 
To był ten chłopak ze zdjęcia. Jego cel, którego nie mógł znaleźć dziś przez cały dzień, tak po prostu przyszedł do niego sam.
Liam krzyknął ostrzegawczo, gdy mężczyzna wyciągnął pistolet, ale było już za późno. 
W ciszy nocnej rozległ się tak potężny huk wystrzału, że aż niektórym zadzwoniło w uszach.
Harry´m szarpnęło do tyłu, ale wciąż udało mu się utrzymać równowagę. 
Na początku nie czuł nic. Z niedowierzaniem popatrzył na dół i przytknął dłoń do rany. Podniósł palce do góry i wstrzymał oddech, widząc świeżą krew, która zaczęła spływać ciurkiem po rękawie jego kurtki.
Kolejne krzyki słyszał już jak przez mgłę. Cały obraz zaczął mu się zamazywać, ludzkie twarze przybrały jakieś nieokreślone, rozmazane kształty.
Poczuł, że jest jakiś ciężki. Że nogi nie potrafią go utrzymać. 
Osunął się powoli po ścianie, na której pojawiła się ciągła smuga szkarłatnej cieczy, zamykając oczy i nie słysząc już prawie nic. 
Jedyne co zapamiętał, to te zielone oczy przed jego twarzą. 
A potem już tylko nieogarnięta ciemność.


OD AUTORKI: Dzień dobry wszystkim! Jak pewnie zauważyliście rozdział został dodany parę godzin wcześniej, ale to chyba dobrze, prawda?
Tak właściwie miało go dzisiaj nie być, bo wczoraj miałam trochę zły dzień, jednak postarałam się dla Was i napisałam go do końca.

Co o nim sądzicie? Nie zawiodłam Was po tak długim oczekiwaniu?
Oczywiście chciałabym podziękować Wam za aż 9837 wyświetleń! Jesteście niesamowici, a ja nie mogę w to uwierzyć. 
Do zobaczenia za dwa tygodnie na Beauty and The Geek. :)
Camille xx 

 I CAN'T BELIEVE!

sobota, 8 marca 2014

Rozdział 14 Część 1 - "Torturowane serce"


~*~
(dedykacja dla Ani)



   Nie było większego bólu niż ten, który odczuwał w tym momencie. Wydawało mu się, że został wypatroszony ze wszystkich pozytywnych uczuć i emocji, a jego serce lub ziejącą emocjonalną pustkę, wypełniały jedynie cierpienie, żal, rozpacz i poczucie winy.
   Dosłownie czuł, jak każdy element organu, który dawał mu życie, pęka i krwawiąc rozpada się na coraz mniejsze i mniejsze kawałki. Jego serce stało się niczym rozbity wazon. Nikłe odłamki były rozsypane wszędzie i naprawdę niemożliwe do ponownego podkładania w jedną spójną całość. Jedno wydarzenie, jeden telefon, a potrafiły obrócić jego życie w przerażający koszmar.
   To co teraz przeżywał, było gorsze niż wszystkie upokorzenia i przykrości ze strony Lucasa i jego grupki razem wzięte. Gorsze od ciągłych i bezustannych kłamstw jego własnej matki, której kiedyś ufał nad życie. Ten ból rozchodzący się po całym jego ciele i przenikający przez każdy członek był tak niewyobrażalny, że zdawało mu się, że może umrzeć przez jego intensywność.
A tylko potęgowało go to, że znajdował się w jej pokoju.
Niestety było już za późno.
   Rozglądnął się po lawendowych ścianach, na których wisiało pełno obrazów. Jeden, w pełni oświetlony promieniami księżyca, szczególnie mu się spodobał. Wyraźnie widział ogromną kolonię flamingów, tysiące oszałamiająco pięknych ptaków - niezwykłe morze różu w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca. Ale to był jedyny wesoły akcent w całym pomieszczeniu. Zniszczone do szczętu zasłony, rozburzona pościel, rozniesione po całej podłodze drzazgi, pozostałe po wyważonych drzwiach. I otwarte okno, przez które powoli wnikało zimne, orzeźwiające, nocne powietrze.
   Przejechał palcem po jej uśmiechniętej twarzy, którą teraz mógł ujrzeć jedynie na ekranie telefonu, i kolejne słone łzy popłynęły po jego policzkach. Nie mógł uwierzyć, że aż tak zawiódł. Że złamał przysięgę, która była dla niego priorytetem. Że tak po prostu ją zostawił. Że jej nie ochronił. Czuł się tak bardzo winny. To była tylko i wyłącznie jego wina. 
 
„Dlaczego nie pomyślałem wcześniej?”.

   Podciągnął kolana pod brodę i zaniósł się szlochem. Całe jego ciało drgało i nie mógł opanować łez. Stracił tą, której obiecał, że nie pozwoli jej odejść. Stracił tą, którą kochał na tyle mocno, by brak jej obecności mógł zabijać go od środka. Zawiódł na całej linii i teraz nie wiedział, czy kiedykolwiek uda mu się to odkręcić.

„I czy jeszcze ją zobaczę?”.

   Wyobrażał sobie, jak musiała być przerażona. W wyobraźni widział idealnie jej pobladłą twarz, oczy uciekające na wszystkie strony, rozpaczliwe wołanie o pomoc i nadzieję, że ten, który był dla niej całym światem, na pewno zdąży na czas i ją uratuje. A potem ból i rozczarowanie, gdy jednak się nie pojawił i gdy została porwana. To wszystko powodowało, że obwiniał się jeszcze bardziej i że rozmiar odczuwalnego przez niego cierpienia, nieustannie wzrastał i z każdą sekundą się nasilał. Miał ochotę zniknąć albo najlepiej cofnąć czas i pozostać z Emmą w chwili, kiedy najbardziej potrzebowała jego pomocy.
- Harry?
Cichutki, płaczliwy głosik rozniósł się echem po zniszczonym pokoju. Brunet uniósł delikatnie głowę i poprzez łzy, zdołał ujrzeć wątłą sylwetkę sześcioletniego Nevila, który ubrany w niebieską pidżamkę w rakiety, ściskał w prawej dłoni za łapkę swojego misia, a lewą przecierał zaspane oczka. 
Widząc ten cały bałagan i rozumiejąc, że na pewno stało się coś złego, podreptał powoli bosymi stópkami po dywanie i wtulił się w Harry´ego, cichutko płacząc.
- Gdzie jest Emma? - spytał ledwo dosłyszalnie, ale Harry nie był w stanie mu odpowiedzieć. - Porwali ją? Ci źli czarni panowie? Ale ty ją uratujesz Harry, prawda? - W gardle Stylesa zebrała się tak duża gula, że ani jedno słowo nie mogło mu przez nie przejść. Chłopak zdobył się jedynie na mocniejsze przyciągnięcie chłopca do torsu i kojące gładzenie Nevila po plecach.


~*~


   Jej dom wydawał jej się teraz zupełnie obcy. Zbyt wiele rzeczy się tam wydarzyło, zbyt wiele zapadających i wyrytych w pamięci przerażających momentów, które sprawiły, że ten budynek nie wyglądał już tak jak kiedyś, nawet w świetle porannych promieni słońca.
   Stała na trawniku pokrytym świeżymi źdźbłami ciemnozielonej trawy, nerwowo ściskając w dłoni rączkę od swojej walizki i patrząc - już pewnie poraz ostatni - na jasne ściany i połyskujące szyby w drewnianych framugach. 
   Niepewnie przekroczyła metalową bramę i od razu ją po sobie zamknęła. Chciała odgrodzić się od tego wszystkiego co ją spotkało, ale dobrze wiedziała, że choćby zaczęła życie od nowa, nigdy nie uda jej się o tym zapomnieć.
- Izabella, idziesz już?
Patrick stał na końcu podjazdu i machał do niej ręką, chcą zwrócić na siebie jej uwagę. Jego nieodłącznie towarzyszący mu kapelusz, lekko przechylił się na prawo i parę jasnych kosmyków niesfornie opadło mu na czoło. Mężczyzna opierał się o maskę swojego czarnego suv´a i gestem zapraszał ją do zajęcia miejsca w samochodzie. Nie wahała się długo. Jej stopy same poniosły ją w stronę auta i w pewien sposób zrobiło jej się lżej na sercu, gdy Patrick obdarzył ją przyjaznym uśmieszkiem.
- Mam nadzieję, że moje mieszkanie ci się spodoba. Jest trochę ciasnawe i skromne, ale myślę że jakoś się dogadamy.
Jej wujek taki właśnie był. Przyjazny i skromny. Potrafił pocieszyć ją tylko i wyłącznie swoją obecnością, a przecież ona znała go ledwo parę dni. Nie umiała odgadnąć dlaczego tak ciepło robi jej się na sercu, gdy Patrick jest obok. Może dlatego, że brakowało jej miłości, a Stump idealnie jej ją okazywał. Zwykłymi gestami pomagał jej na chwilę odizolować się od natrętnych myśli i to chyba lubiła w nim najbardziej. Że nie użalał się nad nią, a pomagał przejść przez jeden z najtrudniejszych okresów w jej życiu.
   Blondynka wygodnie usadowiła się na tylnym siedzeniu przymykając oczy i wsłuchując się w odgłos otwieranego bagażnika, do którego Patrick właśnie wsuwał jej walizkę. Za chwilę otworzyły się przednie drzwi i o jej uszy obił się dźwięk metalowych kluczyków, którymi Patrick odpalił silnik i swobodnie ruszył przez ulicę. W radiu leciała piosenka, której słowa jej nowy opiekun znał praktycznie na pamięć i podśpiewywał je pod nosem, wystukując na kierownicy bliżej nieokreślony rytm.
- Masz ładny głos - szepnęła Izabella, patrząc w jego roziskrzone oczy w lusterku, kiedy on uśmiechnął się od ucha do ucha i skręcił w prawo.
- Dziękuję - odparł i po chwili wrócił do śpiewania - Somewhere over the rainbow...
- Mama też umiała tak śpiewać.
Patrick zamilkł. Po chwili głos straciło też jego radio.
- Przepraszam - powiedział, patrząc na nią przez ramię. - Nie chciałem, żebyś...
- Nic nie szkodzi - uśmiechnęła się blado. - Lubię jak śpiewasz. Zapominam wtedy o... zmartwieniach i o porwaniu taty.
Pojedyncze łzy zaszkliły się w jej oczach, ale szybko je starła. Obiecała sobie, że w nowym rozdziale życia będzie silniejsza. 
- Obiecuję, że zrobię wszystko co w mojej mocy, by go odnaleźć - odparł stanowczo, patrząc przed siebie. - Wciąż jeszcze jest nadzieja. Nie możemy jej stracić.
- Tylko że to strasznie trudne, wujku - wbiła plecy głębiej w fotel. - Ja z każdym dniem tą nadzieję tracę. Nie wierzę, że jeszcze kiedykolwiek go zobaczę. Sądząc po śmierci mamy... Lucy.... - tu wzięła głębszy oddech, ale zaraz kontynuowała - to najmożliwsze jest to, że on... Też nie żyje.
- Nie mów tak - powiedział Patrick, mocniej zaciskając palce na kierownicy. - Musisz wierzyć, bo czasami tylko wiary można się trzymać.
- Ale ja czuję, jak ona przemyka mi przez palce. Jak wyślizguje się i nie da się złapać. Jak z każdym dniem zanika i widzę ją jak przez mgłę.
Patrick głośno przełknął ślinę, bo chyba poraz pierwszy nie wiedział co ma powiedzieć. Jak ją pocieszyć, powiedzieć że wszystko będzie dobrze i że nie ma się czym martwić. Złościł się, że akurat teraz jego głowa musi świecić pustkami. Resztę drogi pokonali w ciszy. W końcu dotarli do małego domku na przedmieściach i Patrick spokojnie zaparkował.
- To tutaj.


~*~


   Przez chwilę widziała jedynie ciemność. Potem do jej umysłu zaczęły stopniowo napływać kolejne dźwięki, które z każdą sekundą stawały się coraz wyraźniejsze i intensywniejsze. Jej powieki były tak ciężkie, że aż niemożliwe do podniesienia, ale w końcu zebrała się sama w sobie i delikatnie je uchyliła.
   Na początku obraz był rozmazany i zamglony, a dopiero po upływie kilku minut zyskał pełną ostrość.
   Emma skrzywiła się, gdy poczuła ostry, pulsujący ból z tyłu głowy.

„Musiałam czymś oberwać”. 

   Jęknęła i już chciała unieść dłoń, by pomasować obolałe miejsce, ale przeszkodziły jej zaciśnięte na nadgarstkach sznury. Chciała je zrzucić ze swoich rąk, ale ktoś najwyraźniej się postarał, by były mocno związane i niemożliwe do rozplątania. Sfrustrowana oparła się o szarą ścianę i rozejrzała dookoła.
   Znajdowała się w jakimś zaciemnionym pomieszczeniu, a z sufitu zwisała pojedyncza lampa, która migotała jakby zaraz miała zgasnąć. Podłogi były stare i podniszczone, a obdarty tynk zwisał z brudnych ścian. Ogólnie całe to miejsce sprawiało okropne wrażenie i Emma bała się, że zaraz dostanie klaustrofobii.
    Spojrzała w bok i w pewnym momencie zauważyła delikatny ruch. Z początku wydawało jej się to zwykłym złudzeniem, ale gdy drgnięcie się powtórzyło, miała już pewność, że ktoś - lub coś - tam jest. Z zaciśniętymi zębami zaczęła czołgać się w stronę tajemniczej postaci leżącej w kącie i po chwili jej oczom ukazała się dość dobrze zbudowana sylwetka jakiegoś mężczyzny, który miał na sobie garnitur i niegdyś białą koszulę, która teraz zabarwiła się na czerwono od krwi. Gdy brunetka przysunęła się bliżej, wręcz zakryłaby usta dłonią gdyby mogła, bo rozpoznała leżącą osobę.
- Pan Abbey? - spytała z niedowierzaniem i delikatnie trąciła jego ramię. Nie reagował, więc powtarzała wcześniejszy ruch, dopóki nie otworzył jednego oka i z niedowierzaniem podniósł wzrok na klęczącą przy nim dziewczynę.
- Emma? - wychrypiał. Dziewczyna zauważyła na jego twarzy parę fioletowych siniaków i najprawdopodobniej złamany nos.
- Tak to ja - odparła cicho, krzywiąc się, gdy sznur boleśnie obtarł jej skórę. - Myślałam, że pan nie żyje - dodała po chwili, zdmuchując niesforny kosmyk, który zasłonił jej widoczność.
- Najwyraźniej byłaś w błędzie - stęknął, starając się jakoś podnieść do pozycji siedzącej. Wyglądał o wiele gorzej niż kiedy ostatni raz go widziała. Teraz nic w jego wyglądzie nie świadczyło o nim, jako o międzynarodowym biznesmenie. Po upływie paru chwil udało mu się jakoś usiąść i teraz głęboko oddychał, a Emma zgadywała, że ktoś nieźle pogruchotał mu żebra.
- Jak długo tu jestem? - spytała, wodząc wzrokiem po sieci rur wijących się po ścianach.
- Przynieśli cię tu dwa dni temu - powiedział cicho Thomas i jeszcze trochę się powiercił, zanim rzeczywiście udało mu się przyjąć wygodną pozycję. - A co u mojej rodziny? Czy Izabella jest bezpieczna? - w jego oczach wyraźnie zarysowała się troska i poczucie winy.
- Z Izabellą wszystko w porządku - uśmiechnęła się delikatnie Emma - Pod swoje skrzydła przyjął ją brat pana żony, Patrick i miał zabrać do swojego domu. Ale niestety jest też zła wiadomość - głos jej się załamał, a pan Abbey głośno przełknął ślinę. W jego umyśle powstawały same czarne scenariusze. - Karen i Lucy... One... Zostały zamordowane.
- O mój Boże - mężczyzna przymknął oczy, a jego policzki zalały się gorzkimi łzami. - Moje aniołki... - wyszeptał płacząc, a po chwili Emma płakała razem z nim.- Były takie dobre, takie niewinne... - powtarzał w kółko. - To wszystko moja wina... To ja je zabiłem...
- Proszę tak nie mówić - powiedziała słabo brunetka. - Pan nie pozbawił ich życia, tylko ten psychopata...
- Ale gdyby nie moje grzechy z przeszłości nic by im się nie stało... Przepraszam Karen, przepraszam Lucy... Tak bardzo nie chciałem...
- Pan miał jakiś związek z mordercą? Kim on jest? Zna go pan? - Emma zaczęła zadawać mnóstwo pytań, ale Thomas był zbyt zrozpaczony, by cokolwiek jej odpowiedzieć. Poczuł dziwną pustkę tam, gdzie powinno znajdować się jego serce.
   Nagle dało się słyszeć kliknięcie zamka i drzwi otworzyły się gwałtownie, wpadając na ścianę. Klamka lekko odbiła się na jej powierzchni. Do środka wszedł wysoki mężczyzna, ale jego twarz pozostawała w cieniu, przez co Emma nie mogła jej dostrzec. Stanął na przeciwko niej, a po chwili podszedł bliżej i wtedy okazało się, że ma na twarzy ciemną czapkę i mogła jedynie zauważyć iskrzące się gniewem, lodowate tęczówki. 
   Mężczyzna widząc siedzącego Thomasa wymierzył mu mocny cios w szczękę i mężczyzna jęcząc, ciężko zwalił się na ziemię, a Emma cała się spięła. Bała się tego nieznajomego. Nie wiedziała, co chce z nią zrobić.
   Thomas zdziwił się, że Anthony tym razem ukrywał swoją tożsamość. Może dla Emmy był jeszcze jakiś ratunek i nadzieja, że Styles ją wypuści. Abbey doskonale wiedział, że dla niego nie ma już szans. A poza tym i tak nie miałby sił żyć ze świadomością, że przez jego głupotę zginęły jego dwa życiowe promyczki.
- Widzę, że księżniczka się obudziła - warknął w stronę przestraszonej dziewczyny, której zachrypnięty głos porywacza zdawał się jakiś znajomy. Gdzieś już podobny słyszała... - Nie umiesz mówić? - powtórzył zezłoszczonym tonem, podnosząc ją za ramię do góry. Zapłakała cicho z bólu, bo jego paznokcie mocno wbiły jej się w delikatną skórę. Jego dłonie były takie inne od kojących dłoni jej chłopaka, gdy ten przytulał ją, lekko kołysząc i szepcząc na ucho słodkie słówka. 

„Gdzie jesteś, Harry...”.

- Umiem - wydukała, trzęsąc się pod wpływem jego groźnego wzroku, który wypalał w niej dziury.
- To dobrze, bo musimy sobie wyjaśnić parę spraw.
- Do czego ona ci potrzebna? - krzyknął za nim Thomas. - Wypuść ją! To jeszcze dziecko.
- Milcz głupcze - Anthony mocno kopnął go w brzuch, przez co tamten zaczął wymiotować krwią. - Ty o niczym nie decydujesz. Już wystarczająco dużo szkód wyrządziłeś. - Obrócił się z powrotem w stronę Emmy. - Jak myślisz, dlaczego tu jesteś? - spytał, lekceważąco zakładając ręce na piersi.
- Nie mam pojęcia - odparła cicho, uciekając wzrokiem od jego oczu.
- Patrz jak do mnie mówisz! - warknął, chwytając ją za podbródek o unosząc jej twarz do góry, pomimo oporu, który sprawiała. Miał naprawdę dużo siły. - Hasło do telefonu.
- Co? - jego pytanie wyraźnie zbiło ją z tropu.
- Podaj mi hasło do telefonu. Teraz.
Patrzyła na niego ze zdezorientowaniem i niezrozumieniem.
- Po co ci ono.
Porywacz westchnął cicho, mocniej zaciskając palce.
- Jak pewnie zdążyłaś zauważyć, zostałaś porwana - nie spuszczał z niej tego przerażającego spojrzenia. - Moi ludzie mieli zrobić to dyskretnie, ale coś, lub precyzyjniej ktoś, pokrzyżował im plany. Dowiedziała się o jedna osoba za dużo. A problemy trzeba likwidować.
Dosłownie stanęło jej serce, gdy zdała sobie sprawę z tego, w jakim zagrożeniu znalazł się Harry. Nie mogła go wydać... Nie mogła go stracić... Nie mogła...
- Z kim ostatnio rozmawiałaś? - dopytywał mężczyzna. - Z kim rozmawiałaś do cholery! - przycisnął ją mocno do ściany tak, że pod wpływem uderzenia z jej płuc uleciały ostatnie dawki powietrza. Chciała się wyrwać z jego silnego uścisku, ale nie dała rady.
- Powiedz, a nie zrobię ci krzywdy.
- Nigdy.
Miała ochotę splunąć mu w twarz, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Tym czynem mogłaby jeszcze bardziej go zdenerwować.
- Nie będziesz ze mną pogrywać - warknął, a jego zęby mocno się zacisnęły. - Nie chcesz, nie gadaj. Ale obiecuję ci, że już nie zobaczysz rodziny żywej.
Chciał już odejść, ale go zatrzymała.
- Czekaj - wciągnęła głęboko powietrze. Miała ogromny dylemat. Wydać Harry´ego czy stracić rodzinę. Nie miała odwagi, by wybrać z którąś z opcji, a porywacz stał i czekał.
Nagle drzwi ponownie się otworzyły i przez próg przeszedł jeden z mężczyzn, którzy byli wtedy pod jej domem i ją porwali. Trzymał jej telefon w dłoni i rzucił go w stronę tego, który przy niej stał. Mężczyzna sprawnie go złapał, pytająco patrząc na wspólnika.
- Hasło już niepotrzebne, szefie - uśmiechnął się tamten. - Złamaliśmy kod. Patrz, na co chcesz.
W oczach Emmy pojawiły się łzy. 

„Tylko nie Harry, błagam tylko nie Harry”.

   Porywacz odwzajemnił uśmiech i po chwili sprawnie poruszał się po komórce dziewczyny. Wszedł w rejestr, gdzie na liście wybranych połączeń górowało jedno imię.
- Harry - Jego imię wymówił z pewną satysfakcją w głosie.
- Błagam nie rób mu krzywdy - błagała Emma, głośno szlochając. - On nie zasługuje na śmierć. - Chciała podejść do nieznajomego, ale tylko opadła na ziemię płacząc. To wszystko ją przytaczało. Świadomość, że w pewien sposób wydała swojego chłopaka, była dla niej jak nóż w serce.
- To co mamy robić szefie? - spytał ten drugi, odbierając od mężczyzny telefon.
Szef zamyślił się przez chwilę, patrząc na szlochającą Emmę i choć w jego sercu pojawiło się chwilowe współczucie, gdy uświadomił sobie, że jego syn miałby teraz tyle samo lat, co ta porwana przez niego dziewczyna, wypowiedział słowa, na dźwięk których Emmie rozpadło się, i tak torturowane już, serce.
- Macie go zabić. Dzisiaj

OD AUTORKI: Nareszcie jestem, ale szkoda że w takim okropnym wydaniu. Przepraszam za tą pierwszą część czternastego rozdziału. W mojej głowie wyglądała o wiele ciekawiej, a pisząc ją, totalnie ją zniszczyłam. Mam nadzieję, że część druga wyjdzie mi znacznie lepiej + postaram się dodać ją już za tydzień, bo muszę wam wynagrodzić te nudy.
Przy okazji zapraszam was jeszcze na mojego nowego bloga, którego znajdziecie tu:
Kocham was wszystkich i przesyłam przytulasy