~*~
(dedykacja dla Ani)
Nie było większego bólu niż ten, który odczuwał w tym momencie. Wydawało mu się, że został wypatroszony ze wszystkich pozytywnych uczuć i emocji, a jego serce lub ziejącą emocjonalną pustkę, wypełniały jedynie cierpienie, żal, rozpacz i poczucie winy.
Dosłownie czuł, jak każdy element organu, który dawał mu życie, pęka i krwawiąc rozpada się na coraz mniejsze i mniejsze kawałki. Jego serce stało się niczym rozbity wazon. Nikłe odłamki były rozsypane wszędzie i naprawdę niemożliwe do ponownego podkładania w jedną spójną całość. Jedno wydarzenie, jeden telefon, a potrafiły obrócić jego życie w przerażający koszmar.
To co teraz przeżywał, było gorsze niż wszystkie upokorzenia i przykrości ze strony Lucasa i jego grupki razem wzięte. Gorsze od ciągłych i bezustannych kłamstw jego własnej matki, której kiedyś ufał nad życie. Ten ból rozchodzący się po całym jego ciele i przenikający przez każdy członek był tak niewyobrażalny, że zdawało mu się, że może umrzeć przez jego intensywność.
A tylko potęgowało go to, że znajdował się w jej pokoju.
Niestety było już za późno.
Rozglądnął się po lawendowych ścianach, na których wisiało pełno obrazów. Jeden, w pełni oświetlony promieniami księżyca, szczególnie mu się spodobał. Wyraźnie widział ogromną kolonię flamingów, tysiące oszałamiająco pięknych ptaków - niezwykłe morze różu w pomarańczowym blasku zachodzącego słońca. Ale to był jedyny wesoły akcent w całym pomieszczeniu. Zniszczone do szczętu zasłony, rozburzona pościel, rozniesione po całej podłodze drzazgi, pozostałe po wyważonych drzwiach. I otwarte okno, przez które powoli wnikało zimne, orzeźwiające, nocne powietrze.
Przejechał palcem po jej uśmiechniętej twarzy, którą teraz mógł ujrzeć jedynie na ekranie telefonu, i kolejne słone łzy popłynęły po jego policzkach. Nie mógł uwierzyć, że aż tak zawiódł. Że złamał przysięgę, która była dla niego priorytetem. Że tak po prostu ją zostawił. Że jej nie ochronił. Czuł się tak bardzo winny. To była tylko i wyłącznie jego wina.
„Dlaczego nie
pomyślałem wcześniej?”.
Podciągnął kolana pod brodę i zaniósł się szlochem. Całe jego ciało drgało i nie mógł opanować łez. Stracił tą, której obiecał, że nie pozwoli jej odejść. Stracił tą, którą kochał na tyle mocno, by brak jej obecności mógł zabijać go od środka. Zawiódł na całej linii i teraz nie wiedział, czy kiedykolwiek uda mu się to odkręcić.
„I czy jeszcze ją zobaczę?”.
Wyobrażał sobie, jak musiała być przerażona. W wyobraźni widział idealnie jej pobladłą twarz, oczy uciekające na wszystkie strony, rozpaczliwe wołanie o pomoc i nadzieję, że ten, który był dla niej całym światem, na pewno zdąży na czas i ją uratuje. A potem ból i rozczarowanie, gdy jednak się nie pojawił i gdy została porwana. To wszystko powodowało, że obwiniał się jeszcze bardziej i że rozmiar odczuwalnego przez niego cierpienia, nieustannie wzrastał i z każdą sekundą się nasilał. Miał ochotę zniknąć albo najlepiej cofnąć czas i pozostać z Emmą w chwili, kiedy najbardziej potrzebowała jego pomocy.
- Harry?
Cichutki, płaczliwy głosik rozniósł się echem po zniszczonym pokoju. Brunet uniósł delikatnie głowę i poprzez łzy, zdołał ujrzeć wątłą sylwetkę sześcioletniego Nevila, który ubrany w niebieską pidżamkę w rakiety, ściskał w prawej dłoni za łapkę swojego misia, a lewą przecierał zaspane oczka.
Widząc ten cały bałagan i
rozumiejąc, że na pewno stało się coś złego, podreptał powoli bosymi
stópkami po dywanie i wtulił się w Harry´ego, cichutko płacząc.- Gdzie jest Emma? - spytał ledwo dosłyszalnie, ale Harry nie był w stanie mu odpowiedzieć. - Porwali ją? Ci źli czarni panowie? Ale ty ją uratujesz Harry, prawda? - W gardle Stylesa zebrała się tak duża gula, że ani jedno słowo nie mogło mu przez nie przejść. Chłopak zdobył się jedynie na mocniejsze przyciągnięcie chłopca do torsu i kojące gładzenie Nevila po plecach.
~*~
Jej dom wydawał jej się teraz zupełnie obcy. Zbyt wiele
rzeczy się tam wydarzyło, zbyt wiele zapadających i wyrytych w pamięci
przerażających momentów, które sprawiły, że ten budynek nie wyglądał już
tak jak kiedyś, nawet w świetle porannych promieni słońca.Stała na trawniku pokrytym świeżymi źdźbłami ciemnozielonej trawy, nerwowo ściskając w dłoni rączkę od swojej walizki i patrząc - już pewnie poraz ostatni - na jasne ściany i połyskujące szyby w drewnianych framugach.
Niepewnie przekroczyła metalową bramę i od razu ją po sobie zamknęła. Chciała odgrodzić się od tego wszystkiego co ją spotkało, ale dobrze wiedziała, że choćby zaczęła życie od nowa, nigdy nie uda jej się o tym zapomnieć.
- Izabella, idziesz już?
Patrick stał na końcu podjazdu i machał do niej ręką, chcą zwrócić na siebie jej uwagę. Jego nieodłącznie towarzyszący mu kapelusz, lekko przechylił się na prawo i parę jasnych kosmyków niesfornie opadło mu na czoło. Mężczyzna opierał się o maskę swojego czarnego suv´a i gestem zapraszał ją do zajęcia miejsca w samochodzie. Nie wahała się długo. Jej stopy same poniosły ją w stronę auta i w pewien sposób zrobiło jej się lżej na sercu, gdy Patrick obdarzył ją przyjaznym uśmieszkiem.
- Mam nadzieję, że moje mieszkanie ci się spodoba. Jest trochę ciasnawe i skromne, ale myślę że jakoś się dogadamy.
Jej wujek taki właśnie był. Przyjazny i skromny. Potrafił pocieszyć ją tylko i wyłącznie swoją obecnością, a przecież ona znała go ledwo parę dni. Nie umiała odgadnąć dlaczego tak ciepło robi jej się na sercu, gdy Patrick jest obok. Może dlatego, że brakowało jej miłości, a Stump idealnie jej ją okazywał. Zwykłymi gestami pomagał jej na chwilę odizolować się od natrętnych myśli i to chyba lubiła w nim najbardziej. Że nie użalał się nad nią, a pomagał przejść przez jeden z najtrudniejszych okresów w jej życiu.
Blondynka wygodnie usadowiła się na tylnym siedzeniu przymykając oczy i wsłuchując się w odgłos otwieranego bagażnika, do którego Patrick właśnie wsuwał jej walizkę. Za chwilę otworzyły się przednie drzwi i o jej uszy obił się dźwięk metalowych kluczyków, którymi Patrick odpalił silnik i swobodnie ruszył przez ulicę. W radiu leciała piosenka, której słowa jej nowy opiekun znał praktycznie na pamięć i podśpiewywał je pod nosem, wystukując na kierownicy bliżej nieokreślony rytm.
- Masz ładny głos - szepnęła Izabella, patrząc w jego roziskrzone oczy w lusterku, kiedy on uśmiechnął się od ucha do ucha i skręcił w prawo.
- Dziękuję - odparł i po chwili wrócił do śpiewania - Somewhere over the rainbow...
- Mama też umiała tak śpiewać.
Patrick zamilkł. Po chwili głos straciło też jego radio.
- Przepraszam - powiedział, patrząc na nią przez ramię. - Nie chciałem, żebyś...
- Nic nie szkodzi - uśmiechnęła się blado. - Lubię jak śpiewasz. Zapominam wtedy o... zmartwieniach i o porwaniu taty.
Pojedyncze łzy zaszkliły się w jej oczach, ale szybko je starła. Obiecała sobie, że w nowym rozdziale życia będzie silniejsza.
- Obiecuję, że zrobię wszystko co w mojej mocy, by go odnaleźć - odparł stanowczo, patrząc przed siebie. - Wciąż jeszcze jest nadzieja. Nie możemy jej stracić.
- Tylko że to strasznie trudne, wujku - wbiła plecy
głębiej w fotel. - Ja z każdym dniem tą nadzieję tracę. Nie wierzę, że
jeszcze kiedykolwiek go zobaczę. Sądząc po śmierci mamy... Lucy.... - tu
wzięła głębszy oddech, ale zaraz kontynuowała - to najmożliwsze jest
to, że on... Też nie żyje.- Nie mów tak - powiedział Patrick, mocniej zaciskając palce na kierownicy. - Musisz wierzyć, bo czasami tylko wiary można się trzymać.
- Ale ja czuję, jak ona przemyka mi przez palce. Jak wyślizguje się i nie da się złapać. Jak z każdym dniem zanika i widzę ją jak przez mgłę.
Patrick głośno przełknął ślinę, bo chyba poraz pierwszy nie wiedział co ma powiedzieć. Jak ją pocieszyć, powiedzieć że wszystko będzie dobrze i że nie ma się czym martwić. Złościł się, że akurat teraz jego głowa musi świecić pustkami. Resztę drogi pokonali w ciszy. W końcu dotarli do małego domku na przedmieściach i Patrick spokojnie zaparkował.
- To tutaj.
~*~
Przez chwilę widziała jedynie ciemność. Potem
do jej umysłu zaczęły stopniowo napływać kolejne dźwięki, które z każdą
sekundą stawały się coraz wyraźniejsze i intensywniejsze. Jej powieki
były tak ciężkie, że aż niemożliwe do podniesienia, ale w końcu zebrała
się sama w sobie i delikatnie je uchyliła.Na początku obraz był rozmazany i zamglony, a dopiero po upływie kilku minut zyskał pełną ostrość.
Emma skrzywiła się, gdy poczuła ostry, pulsujący ból z tyłu głowy.
„Musiałam czymś oberwać”.
Jęknęła i już chciała unieść dłoń, by pomasować obolałe miejsce, ale przeszkodziły jej zaciśnięte na nadgarstkach sznury. Chciała je zrzucić ze swoich rąk, ale ktoś najwyraźniej się postarał, by były mocno związane i niemożliwe do rozplątania. Sfrustrowana oparła się o szarą ścianę i rozejrzała dookoła.
Znajdowała się w jakimś zaciemnionym pomieszczeniu, a z sufitu zwisała pojedyncza lampa, która migotała jakby zaraz miała zgasnąć. Podłogi były stare i podniszczone, a obdarty tynk zwisał z brudnych ścian. Ogólnie całe to miejsce sprawiało okropne wrażenie i Emma bała się, że zaraz dostanie klaustrofobii.
Spojrzała w bok i w pewnym momencie zauważyła delikatny ruch. Z początku wydawało jej się to zwykłym złudzeniem, ale gdy drgnięcie się powtórzyło, miała już pewność, że ktoś - lub coś - tam jest. Z zaciśniętymi zębami zaczęła czołgać się w stronę tajemniczej postaci leżącej w kącie i po chwili jej oczom ukazała się dość dobrze zbudowana sylwetka jakiegoś mężczyzny, który miał na sobie garnitur i niegdyś białą koszulę, która teraz zabarwiła się na czerwono od krwi. Gdy brunetka przysunęła się bliżej, wręcz zakryłaby usta dłonią gdyby mogła, bo rozpoznała leżącą osobę.
- Pan Abbey? - spytała z niedowierzaniem i delikatnie trąciła jego ramię. Nie reagował, więc powtarzała wcześniejszy ruch, dopóki nie otworzył jednego oka i z niedowierzaniem podniósł wzrok na klęczącą przy nim dziewczynę.
- Emma? - wychrypiał. Dziewczyna zauważyła na jego twarzy parę fioletowych siniaków i najprawdopodobniej złamany nos.
- Tak to ja - odparła cicho, krzywiąc się, gdy sznur boleśnie obtarł jej skórę. - Myślałam, że pan nie żyje - dodała po chwili, zdmuchując niesforny kosmyk, który zasłonił jej widoczność.
- Najwyraźniej byłaś w błędzie - stęknął, starając się jakoś podnieść do pozycji siedzącej. Wyglądał o wiele gorzej niż kiedy ostatni raz go widziała. Teraz nic w jego wyglądzie nie świadczyło o nim, jako o międzynarodowym biznesmenie. Po upływie paru chwil udało mu się jakoś usiąść i teraz głęboko oddychał, a Emma zgadywała, że ktoś nieźle pogruchotał mu żebra.
- Jak długo tu jestem? - spytała, wodząc wzrokiem po sieci rur wijących się po ścianach.
- Przynieśli cię tu dwa dni temu - powiedział cicho Thomas i jeszcze trochę się powiercił, zanim rzeczywiście udało mu się przyjąć wygodną pozycję. - A co u mojej rodziny? Czy Izabella jest bezpieczna? - w jego oczach wyraźnie zarysowała się troska i poczucie winy.
- Z Izabellą wszystko w porządku - uśmiechnęła się delikatnie Emma - Pod swoje skrzydła przyjął ją brat pana żony, Patrick i miał zabrać do swojego domu. Ale niestety jest też zła wiadomość - głos jej się załamał, a pan Abbey głośno przełknął ślinę. W jego umyśle powstawały same czarne scenariusze. - Karen i Lucy... One... Zostały zamordowane.
- O mój Boże - mężczyzna przymknął oczy, a jego policzki zalały się gorzkimi łzami. - Moje aniołki... - wyszeptał płacząc, a po chwili Emma płakała razem z nim.- Były takie dobre, takie niewinne... - powtarzał w kółko. - To wszystko moja wina... To ja je zabiłem...
- Proszę tak nie mówić - powiedziała słabo brunetka. - Pan nie pozbawił ich życia, tylko ten psychopata...
- Ale gdyby nie moje grzechy z przeszłości nic by im się nie stało... Przepraszam Karen, przepraszam Lucy... Tak bardzo nie chciałem...
- Pan miał jakiś związek z mordercą? Kim on jest? Zna go pan? - Emma zaczęła zadawać mnóstwo pytań, ale Thomas był zbyt zrozpaczony, by cokolwiek jej odpowiedzieć. Poczuł dziwną pustkę tam, gdzie powinno znajdować się jego serce.
Nagle dało się słyszeć kliknięcie zamka i drzwi otworzyły się gwałtownie, wpadając na ścianę. Klamka lekko odbiła się na jej powierzchni. Do środka wszedł wysoki mężczyzna, ale jego twarz pozostawała w cieniu, przez co Emma nie mogła jej dostrzec. Stanął na przeciwko niej, a po chwili podszedł bliżej i wtedy okazało się, że ma na twarzy ciemną czapkę i mogła jedynie zauważyć iskrzące się gniewem, lodowate tęczówki.
Mężczyzna widząc siedzącego Thomasa wymierzył mu mocny cios w szczękę i mężczyzna jęcząc, ciężko zwalił się na ziemię, a Emma cała się spięła. Bała się tego nieznajomego. Nie wiedziała, co chce z nią zrobić.
Thomas zdziwił się, że Anthony tym razem ukrywał swoją tożsamość. Może dla Emmy był jeszcze jakiś ratunek i nadzieja, że Styles ją wypuści. Abbey doskonale wiedział, że dla niego nie ma już szans. A poza tym i tak nie miałby sił żyć ze świadomością, że przez jego głupotę zginęły jego dwa życiowe promyczki.
- Widzę, że księżniczka się obudziła -
warknął w stronę przestraszonej dziewczyny, której zachrypnięty głos
porywacza zdawał się jakiś znajomy. Gdzieś już podobny słyszała... - Nie
umiesz mówić? - powtórzył zezłoszczonym tonem, podnosząc ją za ramię do
góry. Zapłakała cicho z bólu, bo jego paznokcie mocno wbiły jej się w
delikatną skórę. Jego dłonie były takie inne od kojących dłoni jej
chłopaka, gdy ten przytulał ją, lekko kołysząc i szepcząc na ucho
słodkie słówka.
„Gdzie jesteś, Harry...”.
- Umiem - wydukała, trzęsąc się pod wpływem jego groźnego wzroku, który wypalał w niej dziury.
- To dobrze, bo musimy sobie wyjaśnić parę spraw.
- Do czego ona ci potrzebna? - krzyknął za nim Thomas. - Wypuść ją! To jeszcze dziecko.
- Milcz głupcze - Anthony mocno kopnął go w brzuch, przez co tamten zaczął wymiotować krwią. - Ty o niczym nie decydujesz. Już wystarczająco dużo szkód wyrządziłeś. - Obrócił się z powrotem w stronę Emmy. - Jak myślisz, dlaczego tu jesteś? - spytał, lekceważąco zakładając ręce na piersi.
- Nie mam pojęcia - odparła cicho, uciekając wzrokiem od jego oczu.
- Patrz jak do mnie mówisz! - warknął, chwytając ją za podbródek o unosząc jej twarz do góry, pomimo oporu, który sprawiała. Miał naprawdę dużo siły. - Hasło do telefonu.
- Co? - jego pytanie wyraźnie zbiło ją z tropu.
- Podaj mi hasło do telefonu. Teraz.
Patrzyła na niego ze zdezorientowaniem i niezrozumieniem.
- Po co ci ono.
Porywacz westchnął cicho, mocniej zaciskając palce.
- Jak pewnie zdążyłaś zauważyć, zostałaś porwana - nie spuszczał z niej tego przerażającego spojrzenia. - Moi ludzie mieli zrobić to dyskretnie, ale coś, lub precyzyjniej ktoś, pokrzyżował im plany. Dowiedziała się o jedna osoba za dużo. A problemy trzeba likwidować.
Dosłownie stanęło jej serce, gdy zdała sobie sprawę z tego, w jakim zagrożeniu znalazł się Harry. Nie mogła go wydać... Nie mogła go stracić... Nie mogła...
- Z kim ostatnio rozmawiałaś? - dopytywał mężczyzna. - Z kim rozmawiałaś do cholery! - przycisnął ją mocno do ściany tak, że pod wpływem uderzenia z jej płuc uleciały ostatnie dawki powietrza. Chciała się wyrwać z jego silnego uścisku, ale nie dała rady.
- Powiedz, a nie zrobię ci krzywdy.
- Nigdy.
Miała ochotę splunąć mu w twarz, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Tym czynem mogłaby jeszcze bardziej go zdenerwować.
- Nie będziesz ze mną pogrywać - warknął, a jego zęby mocno się zacisnęły. - Nie chcesz, nie gadaj. Ale obiecuję ci, że już nie zobaczysz rodziny żywej.
Chciał już odejść, ale go zatrzymała.
- Czekaj - wciągnęła głęboko powietrze. Miała ogromny dylemat. Wydać Harry´ego czy stracić rodzinę. Nie miała odwagi, by wybrać z którąś z opcji, a porywacz stał i czekał.
Nagle drzwi ponownie się otworzyły i przez próg przeszedł jeden z mężczyzn, którzy byli wtedy pod jej domem i ją porwali. Trzymał jej telefon w dłoni i rzucił go w stronę tego, który przy niej stał. Mężczyzna sprawnie go złapał, pytająco patrząc na wspólnika.
- Hasło już niepotrzebne, szefie - uśmiechnął się tamten. - Złamaliśmy kod. Patrz, na co chcesz.
W oczach Emmy pojawiły się łzy.
„Tylko nie Harry, błagam tylko nie
Harry”.
Porywacz odwzajemnił uśmiech i po chwili sprawnie poruszał się po
komórce dziewczyny. Wszedł w rejestr, gdzie na liście wybranych
połączeń górowało jedno imię.- Harry - Jego imię wymówił z pewną satysfakcją w głosie.
- Błagam nie rób mu krzywdy - błagała Emma, głośno szlochając. - On nie zasługuje na śmierć. - Chciała podejść do nieznajomego, ale tylko opadła na ziemię płacząc. To wszystko ją przytaczało. Świadomość, że w pewien sposób wydała swojego chłopaka, była dla niej jak nóż w serce.
- To co mamy robić szefie? - spytał ten drugi, odbierając od mężczyzny telefon.
Szef zamyślił się przez chwilę, patrząc na szlochającą Emmę i choć w jego sercu pojawiło się chwilowe współczucie, gdy uświadomił sobie, że jego syn miałby teraz tyle samo lat, co ta porwana przez niego dziewczyna, wypowiedział słowa, na dźwięk których Emmie rozpadło się, i tak torturowane już, serce.
- Macie go zabić. Dzisiaj
OD AUTORKI: Nareszcie jestem, ale szkoda że w takim okropnym wydaniu. Przepraszam za tą pierwszą część czternastego rozdziału. W mojej głowie wyglądała o wiele ciekawiej, a pisząc ją, totalnie ją zniszczyłam. Mam nadzieję, że część druga wyjdzie mi znacznie lepiej + postaram się dodać ją już za tydzień, bo muszę wam wynagrodzić te nudy.
Przy okazji zapraszam was jeszcze na mojego nowego bloga, którego znajdziecie tu:
Kocham was wszystkich i przesyłam przytulasy



matkoo! świetny! *_* ale prooooszę, tylko nie Harry! jemu nie może się nic stać :(
OdpowiedzUsuńGdyby tylko jego ojciec wiedział kogo kazał zabić..
Aaaa i jeszcze jedna sprawa! Jeszcze raz napiszesz, że to są nudy, to ci nakopie do tyłka :*
Pozdrowienia- bojąca się o Harrego i Emmę Kasia :D
Rozdział jest zajebisty! Aż ciężko mi go sobie wyobrazić w tej lepszej postaci, którą miałaś w głowie. Zakładam, że jest równie ciekawa i mało różni się od tej. W każdym bądź razie zaskoczyłaś mnie. Byłam pewna, że Harry zdąży. Strasznie się załamałam, jak przeczytałam, że zastał tylko zdemolowany pokój.
OdpowiedzUsuńKolejnym zaskoczeniem było to, co stało się ojcu Izabelli. Nie sądziłam, że z nim będzie, aż tak źle.
Co do ostatnich słów. Jestem przekonana, że Harrego nie zabiją, że rozpoznają w nim Anthonego i go przywiozą czy coś.
W każdym bądź razie czekam niecierpliwie na kolejną część twojego cudownego opowiadania i na to, czym nas jeszcze zaskoczysz ;)
A z okazji dnia kobiet życzę Ci dużo weny, wejść, komentarzy i obserwujących na Twoich blogach, kolejnych osób, które zakochają się w tym opowiadaniu równie mocno co ja i jeszcze więcej tych, którzy docenią Twój ogromny talent! Życzę Ci również, abyś w końcu zaczęła doceniać to co piszesz i żebyś już nigdy nie sądziła, że twoje opowiadania są nudne! Wytrwałości, spełnienia marzeń i czego sobie jeszcze zapragniesz :*
Jesteś głupia czy głupia, dziewczyno? Serio uważasz, że to są nudy? Błaaaagam cię! To jest niesamowite i jestem mega zdołowana... myślałam, że Harry zdąży... a tu jednak dupa(przepraszam za wyrażenie, dosyć wulgarne, ale ja nigdy nie umiałam dobierać odpowiednich słów)...
OdpowiedzUsuńSkoro już Styles nie zdążył, to mam nadzieję, że oni też nie zdążą go zabić i wszystko skończy się dobrze i szczęśliwie... chociaż nie miałabym nic przeciwko, gdybyś kogoś jeszcze uśmierciła :D Oprócz naszej ukochanej parki, oczywiście. Harry i Emma muszą być razem!
Jestem ciekawa, co będzie dalej z Niallem i Zaynem i interesuje mnie wątek matki Harrego. Czy to babsko w końcu powie synowi prawdę?(pewnie nie, bo nie zdąży - porwą go, albo nie będzie chciała go załamywać, bo w końcu porwali mu dziewczynę)
Ilysm x
Och, genialny rozdział! Pomimo tej nienawiści i tych okropieństw, jest wspaniały! Ciekawe czy Anthony się zorientuje, że Harry to jego syn.
OdpowiedzUsuńCzekam na next ♥
Jakie nudy? Kobieto, serio mam do ciebie przyjechać i wybić ci to z głowy? Rozdział świetny, pełen emocji i miłych zaskoczeń. Pisz tak dalej ;) BD
OdpowiedzUsuńŚwietny ;*
OdpowiedzUsuńJest taka szansa, że Izabella i Harry będą razem?
Uwielbiam ich < 3
Witam z powrotem na BatG :)
UsuńCzy jest szansa? Może, ale nie będę się rozpisywać na ten temat, by nie niszczyć fabuły następnych rozdziałów, choć tak naprawdę nie wiem, jakim efektem zakończy się ten blog.
Fajnie znów cię tu widzieć.
Camille xx
genialne
OdpowiedzUsuńczekam na nastepny
Jej! Jak długo mnie tu nie było! naprawdę przepraszam, że nie komentowałam, zresztą nie tylko tu ale na wszystkich innych blogach, które czytam.
OdpowiedzUsuńRozdział fenomenalny a ty chyba na serio nie doceniasz swojego talentu. Dostrzeż go wreszcie :) Niech nic się nie stanie Harry'emu ani Emmie, błagam. Czekam na kolejny i dodaję, że blog ładniej wygląda z większym nagłówkiem. / Zuza
Na początek: tutaj Marta Jędrzejczyk, zmieniłam nazwę ;)
OdpowiedzUsuńRozdział zajebisty ! :D Przeczytałam z dość dużym opóźnieniem, ale wcześniej nie dawałam rady, cierpię na brak czasu xD I nadmiar nauki. Mimo wszystko już jestem ^^ Kurde, liczyłam na to, że Harry zdąży. Nie mogę uwierzyć, że jego ojciec jest zdolny do czegoś takiego. No cholera, chce zabić własnego syna ! Jestem ciekawa w jaki sposób dowie się o pokrewieństwie. Może wtedy zrozumie ile błędów popełnił... A jaka będzie jego reakcja ? Strzeli sobie w łeb ? xD Matko, nie mogę się doczekać następnego ! :D ;*
M. xx
To jest przepiękne! Całą noc siedziałam i czytałam <333
OdpowiedzUsuńWalić sprawdzian szóstoklasisty, to jest cudowne *-*
Idealny ! ♥
OdpowiedzUsuńKażdą scenę potrafisz opisać tak genialnie ,że czuję się jakbym widziałą to na własne oczy , zazdroszczę Ci takiego talentu ♥
Nie mogę jedynie uwierzyć w to że ojciec Harrego jest zdolny do takich okropnych czynów... :(
Big hug for you ;**